Trwa ładowanie...

Szpital odmówił Magdzie. "Dziecko będzie umierało w męczarniach"

Avatar placeholder
25.06.2024 18:53
Usłyszała, że dziecko będzie umierało w męczarniach. Szpital odmówił aborcji
Usłyszała, że dziecko będzie umierało w męczarniach. Szpital odmówił aborcji (Facebook, Adobe Stock )

Magda (imię zmienione) półtora roku temu przerwała ciążę. Zanim do tego doszło, przeżyła piekło. "Wziął głęboki oddech. Zamarłam. Zaczął mówić: jelita i żołądek na wierzchu…" - wspomina wizytę u lekarza. Pomimo wyników badań i zaświadczenia od psychiatry ordynator w Pabianickim Centrum Medycznym odmówił aborcji i zalecił Magdzie tygodniowy pobyt na oddziale psychiatryczny.

spis treści

1. "Lepiej, żeby umarło wcześniej…"

Gdy Magda dowiedziała się, że jest w ciąży, była przeszczęśliwa. Marzyła o drugim dziecku i to marzenie wreszcie miało się ziścić.

W 10. tygodniu ciąży zaczęła krwawić. W szpitalu dostała leki i nakaz, by się oszczędzać. Dwa tygodnie później 28 lutego 2023 roku pojawiła się u ginekologa na wizycie. Lekarz ocenił w badaniu, że przezierność karku płodu jest w normie. Magda odetchnęła z ulgą - była już po 40. i obawiała się, że maluch może mieć zespół Downa.

Zobacz film: "Rewolucja w leczeniu. Wady genetyczne wykryją już u zarodka"

Niestety, dalsze badanie było dla kobiety traumatycznym doświadczeniem.

- Wziął głęboki oddech. Zamarłam. Zaczął mówić: jelita i żołądek na wierzchu… Mało co z tego pamiętam" - opisuje kobieta w rozmowie z "Onetem".

- Po godzinie zeszłam z fotela. 'Proszę pani, to dziecko nie ma najmniejszych szans na przeżycie…'. Ziemia osunęła mi się spod nóg - dodaje.

- Ono umrze. Czy umrze pani w brzuchu? Czy umrze po porodzie? Trudno jest mi przewidzieć. Lepiej, żeby umarło wcześniej… Dla mnie na dziś ta ciąża powinna zostać zakończona. Ale żyjemy w takim kraju, że nie jestem w stanie pani pomóc - miał powiedzieć lekarz.

Jego słowa potwierdził inny specjalista. Ocenił w badaniu, że ciąża nie rokuje i umówił kobietę na wizytę u genetyka.

- Tak dotrwałam do weekendu. Targały mną różne myśli. 'Muru nie przebiję, nic nie zrobię, ale urodzę to dziecko, co ma być, to będzie…'. Z drugiej strony: 'Będę siedzieć w domu? Co powiem sąsiadom, znajomym, którzy będą gratulować, jak zobaczą rosnący brzuch? Że dziecko umrze, że czekam na jego śmierć?'. Wiedziałam, że to nie moja wina, ale to są emocje, które ciężko nazwać. Bałam się: 'A co, jak zacznę rodzić, lekarze będą zwlekać. Wda się zakażenie i ja też umrę? Zostawię dziecko, męża, rodzinę? Wszyscy słyszeliśmy o takich przypadkach'. Ale było też: 'OK, jeśli mam urodzić, jeśli taki mój los, to trudno' - opisuje kobieta.

Na wizycie u genetyka usłyszała, że dziecko ma wadę genetyczną.

- Na pewno dostanie pani wielowodzia, odklei się pani łożysko, będzie pani jechać na cito do szpitala - stwierdził.

Magda zapytała o to, co stanie się z dzieckiem.

- Dziecko będzie umierało w męczarniach. Nie wiem, może żyć przez godzinę, dobę, góra tydzień… - wyjaśnił.

2. Diagnoza: zespół Edwardsa

- Zadzwoniłam do Aborcji bez Granic, ale to był już 13. tydzień ciąży. Do Czech nie mogłam jechać, bo tam tylko do 12. tygodnia terminują ciążę, w Niemczech będą robić własne badania - więc koszty, zostaje Holandia. A ja przecież nie znam języka, jak tam pojadę, mąż musi pracować… - opisuje Magda.

Niedługo potem przyszły wyniki testów genetycznych. Okazało się, że to zespół Edwardsa. Genetyk podpowiedział Magdzie kontakt z fundacją Federa.

- Zadzwoniłam w poniedziałek. Dziewczyny wypytały mnie o wszystko, przesłałam im skany badań. Musisz mieć zaświadczenie od psychiatry, który powie, czy ta ciąża jest zagrożeniem dla twojego stanu psychicznego. Wyobrażasz sobie? Dowiadujesz się, że twoje dziecko umrze, że jest potwornie chore… Na którą kobietę ta wiadomość wpłynęłaby dobrze? Która by to dobrze znosiła? Słyszysz: dziecko nie przeżyje, będzie umierało w męczarniach, i co? Przechodzisz nad tym do porządku dziennego? - pyta.

Adw. Kamila Ferenc napisała wniosek o terminację ciąży.

- Nie składałam wniosku o terminację ze względu na wady letalne, tylko ze względu na mój zły stan psychiczny - dodaje Magda.

Ordynator szpitala w Pabianicach odmówił jednak wykonania zabiegu.

- 'Proszę pani, nie ma możliwości terminacji ciąży, bo nie widzę tu żadnych przesłanek. Zaświadczenie od psychiatry jest nieistotne' - usłyszałam od ordynatora… Zalecił mi tygodniowy pobyt na oddziale psychiatrycznym - wspomina.

3. Urodziła w toalecie

Zrozpaczona Magda próbowała różnych metod, by poronić. Wiedziała, że nie chce czekać i rodzić. Pomogła jej fundacja Federa.

- Oleśnica - termin na 5 kwietnia, tuż przed Wielkanocą. Ginekolog, u którego byłam prywatnie, wystawił mi skierowanie na terminację. W Oleśnicy najpierw weszłam na oddział położniczy. Usiadłam pod jakimś gabinetem, usłyszałam, jak jakiejś mamie robią KTG zdrowego dziecka - relacjonuje.

Magda dostała leki na wywołanie porodu. Urodziła w szpitalnej toalecie. Widziała stan, w jakim był płód.

- Żołądek i jelita już wielkości piłeczki kauczukowej połączone cienką nitką z ciałkiem. Kręgosłup zdeformowany. Wychodził przez skórę, ręce zniekształcone, stopy spłaszczone, szeroko rozstawione oczy… Tego się nie zapomina - mówi.

Magda podkreśla, że nie dostała nic z pół miliona kary nałożonej na szpital przez NFZ. Po tym, co się wydarzyło, wciąż ją oceniano i komentowano jej wybór. Dziś nadal jest na lekach od psychiatry.

- Nie myślę o tym na co dzień. Bo muszę żyć. Ale wiem, że z tym, co mnie spotkało, absolutnie się nie uporałam. Jestem nadal na lekach od psychiatry. W lipcu, czyli trzy miesiące po terminacji, zdecydowałam się na psychoterapię. Zadzwoniłam o pomoc w ramach NFZ. Pani oddzwoniła kilka dni temu, po roku, że jest miejsce i może mnie umówić z psychoterapeutą… - kończy.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Rekomendowane przez naszych ekspertów

Polecane dla Ciebie
Pomocni lekarze