Recenzja książki "Miłość na szkle" Barbary Sęk od Wydawnictwa Świat Książki

Już dawno nie czytałam czegoś, co w jednym momencie bawi do łez, a w drugim wyciska łzy, ale ze wzruszenia... Uważam, że bardzo trudno właśnie w taki sposób podejść do tematu – szczególnie tak trudnego tematu, jak niepłodność. Barbarze Sęk się to udało, dlatego jej książka „Miłość na szkle” wydana przez Świat Książki jest tak wyjątkowa.

Jak często w dzisiejszych czasach młodzi ludzie czekają na najlepszy moment, by powiększyć swoją rodzinę? „Jeszcze nie mam stabilnej pracy, nie dorobiłem się”, „Ale musimy jeszcze kupić mieszkanie/wybudować dom!”, „Jeszcze mamy czas”, „Musimy się trochę wyszaleć i nacieszyć sobą” - znacie te wszystkie tłumaczenia? I złość na rodzinę i przyjaciół, którzy ciągle dopytują: „Kiedy wreszcie weźmiecie się za dziecko?”.

Nadchodzi w końcu taki moment, kiedy jesteśmy spełnieni i gotowi. Mamy około 30-35 lat i uważamy, że nadszedł czas na dziecko. Z entuzjazmem cieszymy się wspólnymi chwilami, by po kilku dniach biec do apteki po test ciążowy i liczyć na dwie kreseczki. Oczywiście, że uogólniam teraz, ale chodzi mi o przekaz.

Co jednak zrobić, kiedy te upragnione dwie różowe kreseczki nie pojawiają się? Mija miesiąc za miesiącem i nic! Co jest nie tak? Przecież już możemy! Czemu ciągle się nie udaje? I w końcu najważniejsze i najtrudniejsze pytanie - „Czyja to wina? Kto musi się leczyć?”. Przed takim właśnie dylematem staje małżeństwo Raczyńskich przedstawione w książce „Miłość na szkle”. Autorka jednak nie poszła na łatwiznę. Pisała z perspektywy mężczyzny... Tak – kobiety są bardziej wylewne, dzielą się swoimi przemyśleniami również na forach internetowych, rozmawiają, nie boją się mówić o swoich uczuciach. Mężczyźni to całkiem inna bajka... Jak pisać kobiecie w imieniu faceta? Myślę, że Barbara Sęk musiała się do tego długo przygotowywać, bo moim zdaniem – udało jej się.

Książka jest dosadna, opowiada nie tylko o wizytach w klinice, spotkaniach z rodziną i przyjaciółmi, ale również o sesji z psychologiem, robieniu badań spermy oraz sypialnianych staraniach się o potomka. Jako czytelnicy towarzyszymy więc Raczyńskim w każdej sferze ich życia. Widzimy, że „Małża”, „Zołza” i „Brenda” to trzy oblicza tej samej kobiety, która jednocześnie pragnie być po prostu matką. Ta idea niestety przysłania jej własnego męża i jego potrzeby.

Właściwie to żal mi było bardzo Wojtka (38 lat), którego ojciec trafił do szpitala z rakiem trzustki, by umrzeć w końcu w hospicjum, a Aneta (35 lat) nie dała mu tak naprawdę żadnego wsparcia, bo była wręcz zaślepiona staraniami o dziecko. Raczyński musiał odmówić awansu w pracy, gdyż wyjazd szkoleniowy wypadał w czasie dni płodnych.

Zrezygnował ze swoich dotychczasowych zasad moralnych na temat in vitro, rzucił palenie i sprzedał swój ukochany samochód, by tylko sprostać wymaganiom żony... Oczywiście to nie zamknęło mi oczu na snobizm również Wojtka, który nie był chyba do końca gotowy na dziecko, zależało mu na tym, by jego ukochana była zadowolona, ale lubił swoje dotychczasowe życie i nie miał ochoty go zmieniać dla dziecka. Właściwie przez całą książkę Raczyński dopiero dojrzewał do ojcostwa.

Jednocześnie jako kobieta zdaję sobie sprawę z instynktu macierzyńskiego, jaki musiał odezwać się w Anecie Raczyńskiej, rozumiem jej nieodparte pragnienie dziecka – nie adoptowanego, ale noszonego w swoim łonie i wydaniu go na świat własnymi siłami. Sytuacja jest więc nader skomplikowana, a sympatia przechyla się z jednego bohatera książki na drugiego. Może ze względu na perspektywę narratora, czyli Wojtka Raczyńskiego, to on wzbudza jednak we mnie większą sympatię.

Historia jest bardzo prawdziwa i pokazuje, jak problem niepłodności wpływa na parę starającą się o dziecko. Jedna strona czuje się winna, druga obwinia – w tym przypadku to mężczyzna „zawiódł”. Mimo miłości i wsparcia, które przecież muszą sobie nawzajem dawać, bardzo często dochodzi do nieporozumień, coraz trudniej ze sobą zwyczajnie rozmawiać, pojawia się coraz więcej stresu, coraz więcej pieniędzy trzeba wydawać na leczenie, na badania, na konsultacje u różnych specjalistów. Pojawiają się też myśli o niedocenieniu przez współmałżonka, braku akceptacji aż w końcu nawet o zdradzie...

Czy temu wszystkiemu zdoła się oprzeć małżeństwo Raczyńskich? Musicie koniecznie przeczytać książkę Barbary Sęk. Jestem pewna, że nie będziecie rozczarowani – i nie chodzi mi tu tylko kobiety, ale również o mężczyzn. Myślę, że wszyscy znajdą w tej lekturze coś dla siebie.

Rozpoczynając czytanie, obawiałam się... Myślałam, że temat niepłodności będzie dobijający, a wszystko i tak zakończy się szczęśliwie. Nie do końca tak to wyglądało i już po pierwszych stronach wiedziałam, że autorka poszła tutaj w inną stronę. Pokazała, jak wygląda leczenie niepłodności od samego początku, jakie są możliwości, gdzie można szukać informacji na ten temat. Dodatkowo wniknęła w umysł kobiety i mężczyzny, ich sposób odczuwania i odbierania zaistniałej sytuacji, jednocześnie nie pozbawiając książki odpowiedniej dawki humoru, nieporozumień i śmieszności niektórych momentów.

Barbara Sęk doskonale pokazała ewolucję głównego bohatera i jego poglądów. Początkowe zabawne komentarze i luzackie podejście do wszystkiego diametralnie zmienia się mniej więcej od połowy książki, by w ostatnich rozdziałach przybrać wyraz goryczy i zrezygnowania, ale też dojrzałości emocjonalnej. Zaskakujące zakończenie sprawia, że myślenie o tej lekturze nie kończy się razem z ostatnia kropką, ale trwa i trwa. Pozwala przemyśleć nie tylko problem niepłodności, ale również własne życie.

Co nasuwa mi się przede wszystkim po przeczytaniu „Miłości na szkle”? Że szczególnie ważne jest wzajemne wspieranie się w każdej chwili, postawienie się w sytuacji tej drugiej osoby, zrozumienie i nastawienie na wspólne osiągnięcie sukcesu. I to właśnie jest słowo kluczowe - „wspólne”!

Alicja Barszcz, 5 miesięcy temu
Komentarze

DYSKUSJE NA FORUM

Artykuły Testy i recenzje
Testy i recenzje

Kicia Kocia

Kicia Kocia

Kicia Kocia to książka dla maluchów, nie tylko o gotowaniu