Pierwsze minuty były szalenie krępujące i czułam się jakoś tak nieswojo. Musiałam maszerować, wymachiwać kończynami, podczas gdy mój mąż wraz z innymi panami zalegali sobie słodko na materacach. Brrrrrr. Oswoiłam się troszkę z sytuacją, gdy przyszedł czas na wspólne, partnerskie „manewry”. Siedzieliśmy na karimacie i wykonywaliśmy szereg różnych ćwiczeń oddechowych (z przepony – to ważne!! Ulubione słowo Pani Krysi), przeciągań i skłonów. Położna podchodziła do każdego i instruowała z kamienną twarzą – bo to przecież poważne sprawy – uśmiechając się tylko przy każdym „o kopnął”, „o rusza się”, „ale mnie łaskocze”. Generalnie szkoła rodzeniaw niczym nie różni się od zajęć w-f. Siedzisz, leżysz, machasz, oddychasz, robisz to, co każe Ci „nauczycielka”. I podobałoby mi się niezmiernie, gdyby nie to, że pod koniec każdych zajęć, losowo wybierane po trzy, stawałyśmy bokiem przy drabinkach i musiałyśmy na „raz, dwa trzy, czteeeery” Pani Krysi, robić układ, jak jakieś prima baleriny. Zamiast skupiać się na ćwiczeniach, obserwowałam te kilkanaście wpatrujących się w owo przedstawienie twarzy. Może i potrzebne było to ćwiczenie, ale dla mnie jakieś takie niezbyt wciągające. Ale cóż mus, to mus… I tak przez kilka tygodni – szpital, hol, korytarz, salka, trampki, legginsy i hajda!