Wrażenia ze szkoły rodzenia
Nadszedł wreszcie ten dzień. Po wymianie kilku maili i wydzwonieniu kilku telefonów do szpitala, w którym zamierzałam rodzić, udało mi się zapisać na zajęcia do szkoły rodzenia. Zajęcia były w czwartkowe późne popołudnie. A ja… Ja od 12 siedziałam w domu jak na szpilkach i czekałam na swojego męża. W końcu przyjechał i wyruszyliśmy w drogę. Przez całą trasę mierzyłam czas – tak na wypadek, jakbym w domu zaczęła rodzić, a mąż musiałby mnie zawieźć do szpitala. 40 minut… No nie, w takim tempie i takim czasie to zdążyłabym urodzić chyba w samochodzie. Ale nie o tym ma tu być mowa.