– Dziecko parło, a rozwarcie było zerowe. Zastrzyki nic nie pomagały. Po kilku godzinach odeszły mi wody, bóle się nasilały. Nie mogłam się ruszać. Leżałam na podłodze, bo nie byłam w stanie wejść na łóżko – wspomina Anna. – Rodziłam wraz z partnerem, oboje prosiliśmy położną o wezwanie lekarza, aby upewnić się, że wszystko jest ok. Lekarka przyszła i z uśmiechem na ustach powiedziała, że histeryzuję. Miałam leżeć i rodzić. Siedziała, patrzyła na mnie i śmiała się, że chyba nie wiem, jak poród wygląda. Jej pomoc? Lek na uspokojenie dla histeryczki. Ścięło mnie na godzinę. Oczywiście rozwarcia jak nie było, tak nie było. Rano zmienił się lekarz, a wraz z nim - kolejne zastrzyki i pompa z oksytocyną. Nie pamiętam, jak rodziłam. Pamiętam tylko ogromny ból, gdy położna nacięła mi krocze i lekarza, który położył mi się na brzuch i wyciskał ze mnie dziecko. Dwie godziny po porodzie dostałam krwotoku z powodu pęknięcia macicy. Byłam czyszczona. O znieczuleniu, jakimkolwiek, oczywiście nie było mowy. "W tym szpitalu nie ma znieczulenia" – usłyszałam. Żeby było ciekawiej, w karcie wypisu mam wpisany poród bez komplikacji. Ani słowa o krwotoku, lekach, kroplówkach i zastrzykach, jakie wtedy dostałam. Nie rozumiem, jak mogłam to przegapić, po prostu nie byłam wtedy sobą – dodaje.