Kontrowersje wokół rodziny z Przemkowa
Rodzice twierdzili, że chłopiec zachłysnął się mlekiem. Lekarze ze Szpitala Uniwersyteckiego w Zielonej Górze szybko ustalili, że ta wersja nie tłumaczy stanu dziecka.
– Nie ujawniliśmy w płucach pokarmu ani wymiocin – mówiła później śledczym kierowniczka OIOM-u.
Jak podaje "Gazeta Wyborcza", Piotruś miał połamane żebra, urazy czaszki i niedotlenienie mózgu. Nigdy nie odzyskał przytomności. Zmarł 20 maja 2024 roku, po ponad dwóch miesiącach od przyjęcia do szpitala. Miał niespełna pół roku. Jego starszy brat Filip, półtoraroczny chłopiec, również był opóźniony rozwojowo – nie mówił i nie raczkował.
Rodzina z Przemkowa od dawna była znana służbom. W aktach, do których dotarła "Wyborcza", powtarzały się jednak opisy: "w domu porządek", "chłopcy zadbani", "brak widocznych obrażeń". Tak mówili przedstawiciele instytucji, które odwiedzały mieszkanie Moniki i Marcina.
– Zgrzeszyłabym, gdybym miała cokolwiek złego na nich powiedzieć – zeznała położna.
Morderca z dwójką dzieci pod opieką
Sąsiedzi widzieli więcej niepokojących sygnałów. Opowiadali, że rodzice zbierali puszki i jedzenie ze śmietników. Jeden z mieszkańców kamienicy słyszał krzyki z mieszkania. Inna sąsiadka przyznała, że bała się ojca dzieci.
– Miał taki obłęd w oczach, wolałam go omijać – mówiła.
W lipcu 2023 roku, po awanturze między rodzicami, założono Niebieską Kartę. Dzielnicowy znał Marcina z wcześniejszej interwencji. Mężczyzna miał mu wtedy powiedzieć, że jest mordercą i zabił własną matkę. Początkowo policjant nie znalazł potwierdzenia w systemie. Dopiero później ustalono, że Marcin w 2004 roku udusił matkę i ukrył jej ciało. Został uznany za niepoczytalnego i trafił do zakładu psychiatrycznego, z którego wyszedł po dziewięciu latach.
– Nie miałem podstaw, żeby go izolować. Nie było zgłoszeń przemocy ani podstaw prawnych – tłumaczył dzielnicowy.
Jednocześnie przyznał, że był zaniepokojony.
– Kiedyś zabił człowieka, sugerował próbę samobójczą i opiekował się dwójką małych dzieci. Nie wiedziałem, co takiemu człowiekowi może strzelić do głowy.
Rodzinę odwiedzali pracownicy socjalni, asystentka rodziny i kuratorzy. Asystentka zapisywała, że dzieci są czyste, w domu są pieluchy, mleko i chusteczki. Zwracała też uwagę na siniaki u Filipa, ale rodzice tłumaczyli, że chłopiec uderza się zabawkami. W notatkach znalazły się również wypowiedzi Marcina, np. "Jestem mordercą", "Zabiłem raz, mogę zrobić to drugi".
Asystentka bała się chodzić do mieszkania sama. Mimo to uznała, że poziom zagrożenia nie odbiegał od innych rodzin objętych pomocą.
15 lutego 2024 roku, niespełna dwa tygodnie przed dramatem, o rodzinie rozmawiał zespół interdyscyplinarny. Kuratorka społeczna mówiła, że Marcin nie powinien opiekować się dziećmi. Przypominano, że Filip nie trafił do neurologa, a zachowanie ojca budziło niepokój. Zdecydowano o częstszych wizytach i większym monitoringu.
27 lutego do Piotrusia wezwano karetkę. Ojciec mówił, że dziecko zachłysnęło się mlekiem. Następnego dnia chłopiec znów przestał oddychać. Trafił do Zielonej Góry w stanie krytycznym. Badania wykazały obrzęk mózgu, złamania czaszki i wcześniejsze obrażenia.
Podczas rozmów z policją rodzice zaczęli obciążać się nawzajem. Monika mówiła, że przyciskała twarz dziecka do poduszki, żeby przestało płakać, a Marcin bił chłopca po głowie i plecach. On twierdził, że partnerka podduszała niemowlę.
– Ona podduszała go poduszką, żeby płakał ciszej – mówił.
– On bił Filipa, jak sobie zasłużył – zeznała Monika.
Dopiero wtedy sąd zdecydował o zabezpieczeniu dzieci. Filip trafił do rodziny zastępczej. Piotruś został wypisany ze szpitala nieprzytomny, z porażeniem czterokończynowym. Jego funkcje życiowe podtrzymywała aparatura.
Nie było podstaw
W śledztwie przedstawiciele instytucji tłumaczyli, że nie mieli podstaw do wcześniejszego odebrania dzieci. Dzielnicowy obawiał się przekroczenia uprawnień. OPS wskazywał na kuratora zawodowego. Kuratorzy podkreślali ograniczony zakres swoich działań.
Najmocniej brzmią słowa kuratorki społecznej.
– Ja po prostu czułam, że te dzieci nie powinny tam być – zeznała. – Nic mi się tam nie zgadzało, ale nie potrafię tego wytłumaczyć.
Biegli ustalili, że Piotruś przez całe swoje krótkie życie doświadczał wielokrotnych urazów. U Filipa stwierdzono świeże sińce i wcześniejsze obrażenia wewnątrzczaszkowe. Według śledczych głównym sprawcą przemocy był Marcin.
W marcu 2026 roku Sąd Okręgowy w Legnicy nieprawomocnie skazał go na 30 lat więzienia. Monika otrzymała karę 1,5 roku pozbawienia wolności. Prokuratura uznała ją za rażąco łagodną i wniosła apelację. Sprawą zajmie się Sąd Apelacyjny we Wrocławiu.
Źródło: "Gazeta Wyborcza"