Pewnego razu przyjaciel opowiadał mi, że przez dwa lata opiekował się swoją śmiertelnie chorą
mamą. Stwierdził, że ten czas dostarczył mu najpiękniejsze przeżycia w jego życiu.
Nie chciałem go zranić i tylko w duchu, z politowaniem, pomyślałem, że przesadził, bo z pewnością
nie może to być prawda. Teraz, po swoich trudnych doświadczeniach, wiem, że opieka, troska, świadomość
uciekającego czasu i wspólna walka o życie niewyobrażalnie silnie zacieśniają więzy.
Wiem, że czas spędzony z Bartkiem w chorobie był zarówno najtragiczniejszą, jak i jednocześnie
najpiękniejszą chwilą mojego życia. Po momentach ciężkich, takich jak operacje, wyczerpująca chemioterapia, radioterapia i powikłania onkologiczne, przeżywaliśmy te radosne – wspólne przebywanie,
ustalanie planów na przyszłość, wakacje, wycieczki, książki, gry, zabawy, spotkania z przyjaciółmi,
przytulania i całusy… W „normalnym” życiu Twoim problemem staje się wybór miejsca wakacji,
zakup nowego telefonu, komputera, nowej lampy, butów, wizyta u fryzjera. Złościsz się na siebie,
gdy nie znajdujesz czasu na kino, książkę lub siłownię… Wraz z chorobą dziecka przenosisz się w zupełnie
inny, niepojęty świat. Smucisz się, gdy lekarz mówi o złych wynikach krwi, zapowiada operację lub straszy konsekwencjami leczenia. Wyjesz z wściekłości, gdy widzisz, że Twoje dziecko jest smutne, obolałe, traci siły, wzrok, słuch… Boisz się, chowasz się w sobie, nie chcesz nawet pomyśleć, co jeszcze złego może się wydarzyć… Jednak właśnie w takich chwilach zaczynasz doceniać i cieszyć się z drobnych, codziennych spraw. Małe rzeczy, takie jak poprawa wyników leczenia, dobry wynik badania, a czasem tylko uśmiech dziecka, mogą wywołać prawdziwą euforię, ogromną górę szczęścia.
Przeżyłem to wielokrotnie.