W tym artykule:
Niepokojący guzek w piersi
Ciąża to wyjątkowy, ale często także trudny czas dla kobiety. Okres, w którym większość swoich sił nakierowuje się na dbanie o zdrowie swoje i dziecka. Bywa jednak, że zamiast meblować dziecięcy pokoik, ciężarna ogląda szpitalne sale, a zamiast wybierać w sklepie wózki, musi stawiać się na cykliczne chemioterapie.
Jak mówi WP Parenting prof. Ewa Kalinka, onkolog z Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi, około sto do stu dwudziestu kobiet będących w ciąży zachorowuje rocznie w Polsce na raka piersi. Każdy przypadek medyczny jest nieco inny, panie łączy jednak wspólny cel: wyzdrowieć. Dla siebie i dziecka.
Gdy Aneta Strojanowska stawiła się w grudniu 2021 na kontrolne USG piersi, nie wiedziała, że to początek jej walki o zdrowie. Radiologa zaniepokoił wtedy jeden mały guzek. Aneta wybrała się więc do onkologa, który zalecił biopsję cienkoigłową.
WIDEO"Survival rodzicielski". Lekarz mówi, jak rozpoznać RSV
- W dniu, w którym dowiedziałam się, że jestem w ciąży, jechałam akurat na wizytę potwierdzającą, że wszystko jest w porządku. Onkolog zalecił mi wówczas jedynie częstsze kontrole - wspomina kobieta.
Aneta przyznaje, że nie miała wówczas żadnych objawów chorobowych. Jedynie kłucie w piersi, które pojawiło się mniej więcej w połowie ciąży, ale myślała wówczas, że to kwestia zmian hormonalnych zachodzących w organizmie.
Trudna diagnoza
Minęły kolejne trzy miesiące. Na następnej kontroli podczas USG radiolog znów wspomniał o zmianie w piersi, którą lepiej ponownie zbadać. Aneta trafiła do innego onkologa. Ten zlecił tym razem biopsję gruboigłową. 28 września 2022 roku otrzymała wynik badania.
- To, co usłyszałam u onkologa, zwaliło mnie z nóg. Lekarz powiedział, że mam raka. W pierwszej chwili nie byłam w stanie w to uwierzyć, że teraz, kiedy przeżywam najpiękniejszy okres swojego życia, jestem w ciąży z pierwszym dzieckiem, nagle okazuje się, że jestem ciężko chora. Gdy to do mnie dotarło, byłam w ogromnym szoku. Byłam przerażona. Pomyślałam, że tego nie przeżyję, nie wychowam córki, że ona mnie nie będzie pamiętać. To był początek ósmego miesiąca ciąży - opowiada Aneta.
Profesor Ewa Kalinka w rozmowie z WP Parenting przyznała, że ciężarne kobiety dowiadujące się, że cierpią na chorobę nowotworową, przeżywają podwójny stres.
- To zawsze jest niesamowitym szokiem. Dla tych boskich matek, jak się je nazywa, to ogromne obciążenie, ponieważ one nie boją się tylko o siebie, ale też o dziecko. Ich stres jest podwójny. Takie kobiety nie mają wiedzy takiej, jak lekarze, nie wiedzą, czy nowotwór i jego leczenie wpływają na rozwój ciąży, co jest bezpieczne, a co nie. Ich pierwsza reakcja to szok i niedowierzanie, ale bardzo szybko przechodzą w etap zadaniowości. Niezwykle rzadko dochodzi u takich kobiet do załamania. One wiedzą, że muszą walczyć, bo to jest walka nie tylko o nie, ale i o dziecko - wyjaśnia.
Słowa profesor Kalinki potwierdza Aneta. Jak sama przyznaje, wiedziała, że musi walczyć dla dwojga. Mimo wielu chwil załamania w trakcie choroby, córeczka była dla niej motorem napędowym do działania.
- Marcelka dawała mi motywację. Wiedziałam, że mam dla kogo żyć, że muszę walczyć i być dzielna, że nie mogę się załamać. Rokowania na tym etapie były ostrożne, ale starałam się nie tracić nadziei na to, że wszystko będzie dobrze - wspomina.
Chemioterapia w ciąży?
Gdy minęło niedowierzanie spowodowane diagnozą, kobieta zaczęła szukać w internecie przypadków podobnych do swojego. Nie wiedziała, gdzie się udać, co zrobić. W szpitalu, w którym usłyszała diagnozę, proponowano jej wcześniejsze rozwiązanie ciąży. Aneta nie chciała jednak zaszkodzić swojej córeczce.
Poprosiła więc o pomoc fundację "Rak’n’Roll”, która prowadzi program "Boskich Matek". Wtedy dowiedziała się, że możliwe jest leczenie onkologiczne w ciąży. Ciężarne mogą nawet przyjmować chemioterapię.
- Chemioterapia jest jedyną metodą leczenia lekowego w przypadku choroby nowotworowej, która może być stosowana w ciąży. Możemy ją naprawdę bezpiecznie podawać w trzecim trymestrze ciąży, dość bezpiecznie w drugim, natomiast stanowczo nie robimy tego w pierwszym - wyjaśnia prof. Kalinka.
Aneta potrzebowała potwierdzenia. Trafiła do Narodowego Instytutu Onkologii w Warszawie, zasięgała porad różnych specjalistów.
- Chciałam chociaż u dwóch, trzech onkologów potwierdzić, że przyjmowanie chemioterapii w ciąży jest bezpieczne. To było dla mnie ważne, ponieważ nie chodziło tylko o moje życie, ale też o życie mojego dziecka. Bałam się, żeby terapia nie zaszkodziła córce, ale najbardziej paraliżujący był strach, że nie będę mogła jej wychować. Bardzo chciałam walczyć o nas dwie. To był trudny czas. Setki przejechanych kilometrów, wiele rozmów z lekarzami, natomiast priorytetem było upewnienie się, że chemioterapia w ciąży nie zagraża córce - tłumaczy.
Pierwszą chemię Aneta przyjęła w Warszawie, będąc już w zaawansowanej ciąży. Trudy częstych dojazdów do stolicy spowodowały jednak, że ostatecznie kontynuowała leczenie w Instytucie Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi - w mieście, gdzie na co dzień mieszka. Lekarze zapewnili ją, że będzie tu miała dodatkowo zapewnioną również opiekę położniczą.
- Przyjechałam do Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki na dwudniową hospitalizację z podaniem chemioterapii. Trzy razy dziennie robiono mi KTG płodu, żeby sprawdzić, czy wszystko jest dobrze. Wyszłam do domu słaba i zmęczona - przyznaje.
Badania, leczenie, konsultacje z lekarzami zajmowały jej tyle czasu, że nie pozostawało go już na to, by spędzać ostatnie chwile przed porodem tak, jak spędza je większość mam.
- Miałam w sobie dużo smutku, żalu, zastanawiałam się, dlaczego w tym momencie życia mnie to spotkało. Dlaczego nie mogę przeżywać macierzyństwa tak jak inne kobiety. Dużo rzeczy związanych z tym wyjątkowym czasem zostało mi odebrane. Zamiast przygotowywać się do porodu, pakować dziecięce ubranka do walizki, w kółko wsiadałam w samochód i jeździłam po lekarzach, ponieważ po chemii niektóre ciążowe dolegliwości się nasilały - opowiada.
Marcelinka przychodzi na świat
1 grudnia 2022 roku urodziła zdrową, ponad trzykilogramową córeczkę. Poród odbył się siłami natury. Anecie nie dane było jednak długo cieszyć się Marcelinką - cztery tygodnie później, tuż po Bożym Narodzeniu, wróciła do szpitala na kolejną chemię.
- Gorzej czułam się po chemiach podanych już po porodzie. Po niektórych mnie mdliło. Moje żyły się pozapadały. Byłam cała pokłuta od wenflonów, nie mogłam już patrzeć na igły. Z czasem byłam coraz bardziej zmęczona leczeniem. Poza tym byłam młodą mamą, córeczka płakała po nocach, więc byłam dodatkowo bardzo niewyspana - opowiada.
Pięć tygodni po ostatnim wlewie chemii, w maju, przeszła mastektomię z jednoczasową rekonstrukcją. Po operacji nie mogła zajmować się córeczką, nie wolno jej było podnosić dziecka, a nawet przytulać.
- Mogłam wtedy leżeć tylko na plecach, nie mogłam się nawet obok córki położyć na boku - opowiada.
Wreszcie zdrowa!
Aneta o tym, że jest zdrowa, dowiedziała się w czerwcu. Wspaniałą wiadomość usłyszała od lekarzy na konsylium.
- Poczułam dużą ulgę, ale tak dobrą wiadomość przyjęłam z dużym niedowierzaniem, ponieważ po tak długiej walce ciężko jest w jednej chwili uwierzyć w to, że jest się zdrowym. Pomału do mnie dociera, że już mogę się cieszyć. Cieszę się, że już nie muszę się leczyć, jeździć do szpitala, myśleć o operacjach - że to już wszystko jest za mną. Mogę się teraz w pełni poświęcić córeczce - mówi.
Patrząc wstecz na miesiące walki z chorobą Aneta przyznaje, że wygrała dzięki Marcelince, ponieważ jej obecność wynagradzała jej trudy leczenia.
- Dzięki córce przetrwałam. To jest niesamowite, ale dziecko potrafi dać ogromną siłę. Dzięki niej mogłam przestać myśleć o wszystkich złych rzeczach. Miałam dla kogo walczyć. Nie wiem, gdzie bym teraz była, gdyby nie dziecko - dodaje.
Profesor Kalinka potwierdza, że niezwykłym źródłem siły u chorujących na nowotwory matek jest stawianie na pierwszym miejscu macierzyństwa i dziecka względem własnego zdrowia.
- Takie pacjentki przychodzą do nas już po porodzie, opowiadają o swoich dzieciach, a potem biegną po chemioterapii do domu do swoich maleństw, za którymi tęsknią. W nich nie widać nawet strachu związanego z chorobą nowotworową, tylko ogromną radość bycia matką - opowiada ekspertka.
"Muszą pamiętać, że mają dla kogo żyć"
Gdy pytam ją o najtrudniejsze momenty z czasu choroby, Aneta opowiada głównie o kwestiach związanych z Marcelinką. Pierwsza z nich nastąpiła tuż po porodzie.
- Ciężkie do przeżycia było dla mnie to, że nie będę mogła karmić piersią. To była bardzo trudna do przyswojenia wiadomość. Szczególnie gdy już urodziłam małą i wszędzie dookoła leżały kobiety, które karmiły piersią, a ja dostawałam buteleczki z mlekiem… To było strasznie trudne - opowiada szczerze.
Źle wspomina także późniejsze chwile - czas rozłąki z Marcelinką.
- Niezwykle trudne były dla mnie te momenty już po porodzie, gdy jeździłam co tydzień na jeden lub dwa dni do szpitala. Musiałam się wtedy rozstawać z córeczką. Pierwszy raz nastąpiło to, gdy miała zaledwie cztery tygodnie. Pojechałam wtedy na dwa dni. W szpitalu cały czas płakałam. Z okien widziałam oddział położniczy, gdzie mała się urodziła, i szczęśliwe mamy ze swoimi noworodkami. Mam bardzo ciężkie wspomnienia z tamtego okresu - mówi Aneta.
Wydaje się zaskoczona pytaniem o plany na najbliższe miesiące. Przyznaje, że te, które miała przed ciążą, będą musiały jeszcze poczekać na realizację.
- Chciałabym być wreszcie mamą na 100 proc. Być przy swoim dziecku i móc wszystko przy nim zrobić. Będę sobie próbowała teraz wynagrodzić przykre doświadczenia z czasu choroby - wyjaśnia.
Do innych chorujących onkologicznie mam ma jasne przesłanie: walczyć, bo tę walkę można wygrać.
- Chciałabym im powiedzieć, żeby walczyły. Żeby się nie poddawały. W tej walce najważniejsza jest psychika. Nawet w ciąży można wygrać z chorobą nowotworową i mieć zdrowe dziecko. To się dzisiaj leczy. Muszą pamiętać, że mają dla kogo żyć i to jest największa motywacja - dodaje na koniec.
Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl
Marta Słupska, dziennikarka Wirtualnej Polski