Już na kilka tygodni przed porodem niejedną z nas dopada, tzw. syndrom wicia gniazda. Zaczyna się pucowanie okien, szorowanie podłóg i to, co najfajniejsze, czyli urządzanie pokoju lub chociażby kącika dla dziecka. Kiedyś sprawa była prosta. Za wszelką cenę trzeba było zdobyć jakieś łóżeczko, jakiś materac i jakąś pościel. Lista zakupów na ogół na tym się kończyła. Przewijaki, komody, wszelkie pomocne „gadżety”, w PRL właściwe nie staniały. O różnorodności stylizacyjnej nie wspomnę. Teraz wybór jest przeogromny. Każdy z nas znajdzie coś, co będzie odpowiadało jego gustom i oczekiwaniom. Jedynym ograniczeniem jest zasobność portfela i ilość miejsca, które możemy oddać maluszkowi we władanie. Buszując po sklepach trzeba pamiętać o zdrowym rozsądku. Nie wszystko, co sprzedawcy będą chcieli nam sprzedać i co przyprawia nas o ochy i achy kupić powinniśmy. Ani noworodek, ani my nie potrzebujemy nadmiaru mebli i przedmiotów. Musimy jedynie wygospodarować wygodne, dostępne i poręczne miejsce do spania, przewijania i karmienia.