Trwa ładowanie...

Znikający entuzjazm

Jest coś, co niezależnie od różnic w charakterze, podejścia do kwestii wychowawczych, pomysłowości, temperamentu, stopnia wyluzowania, robienia kariery czy też „siedzenia na tyłku z dziećmi w domu” dotyka każdej matki. To tak zwany znikający entuzjazm i jest on o tyle groźny dla twojego zdrowia, że jego całkowite wyeliminowanie jest absolutnie niemożliwe, gdyż prowodyrzy tego stanu rzeczy kręcą się zawsze przy tobie – twoje potomstwo.

Zobacz film: "Czego unikać w ciąży?"

Wstajesz rano z zamiarem zawojowania świata. Myślisz sobie: nowy dzień, nowe podejście, nawet słońce wstało, będzie super. Budzi się i twoja pociecha i nie możesz wyjść z zachwytu, jak bardzo to dziecko zmieniło się przez tę noc. Jakoś sensowniej składa zdania, mądrzej patrzy, doroślej uśmiecha się, przybyło mu chyba kilku centymetrów. Jeśli jest to weekend, rodzą się plany na fajne spędzenie dnia i odważne zamiary względem siebie – „nawet makijaż machnę, a jak starczy czasu to i pazur dostanie farby”, a jeśli środek tygodnia, to też coś wymyślasz, aby ten wspólny czas dobrze spożytkować. No właśnie… Droga z „Wymyślić do Zrealizować” okazuje się przy dziecku niezwykle odległa i zdecydowanie wyboista, a to, czy dojedziesz do mety, właściwie w niewielkiej mierze zależy od ciebie, nie ty jesteś tu kierowcą.

Przeczytaj także

U mnie zwykle zaczyna się od śniadania, a raczej jego niekończącego się konsumowania i kombinowania, w czym by tu matce z rańca życie utrudnić. Zaczyna się problem, bo chlebek, który miał być pokrojony w trójkąciki, jest pokrojony w kwadraciki! A później okazuje się, że maliny dodane do zamówionej przez małego pana kaszki są zbyt kwaśne, za słodkie, za twarde albo zbyt wymemłane i ta kaszka to już nie kaszka, jaką zażyczył sobie pan i jej miejsce jest w śmietniku „Ooo tam” – wskazuje mi paluchem mój syn na szafkę z kubłem na śmieci.

Zagryzam wargi i w głowie już kiełkuje słowo na „K”, bo po odrzuconej propozycji jajecznicy, naleśników i racuchów, powoli kończy mi się śniadaniowy repertuar. W końcu sięgam po pewniak – znienawidzone przeze mnie parówki i usprawiedliwiam się myśląc, że „raz na jakiś czas nie zaszkodzi”, i tak pyknie czas przeznaczony na śniadanie i wyjście, a konsumpcji jeszcze nie było!

7 rzeczy o macierzyństwie, o których nikt ci wcześniej nie powiedział
7 rzeczy o macierzyństwie, o których nikt ci wcześniej nie powiedział [8 zdjęć]

Jeśli do tej pory myślałaś, że bycie mamą to prosta sprawa, bo przecież wystarczy dziecku dać jeść, przewinąć,...

zobacz galerię

Za chwilę czeka mnie punkt kulminacyjny i popisowy numer mojego dziecka – ubieranie, które zwykle kończę z drżeniem rąk i uspokajającym liczeniem w myślach do tysiąca. Bieganina wokół łóżka, na nim i pod, próby założenia rajtuz i pozostałych części garderoby wyżera ze mnie ostatnie pokłady dobrego humoru, o cierpliwości już nie wspomnę – umarła przy konsultowaniu wyboru śniadania do przedszkola. W końcu spóźnieni wychodzimy. Nieważne, że w kiepskim humorze, najważniejsze, że zamykamy drzwi od drugiej strony.

Tak, zdecydowanie poranne zebranie się z domu jest pierwszym strzałem w mój entuzjazm. Ale nie poddaję się, zakładam na jego ranę duży plaster i pocieszam się myślą, że mam ok. 3 godziny na regenerację, załatwienie swoich spraw i nabranie wiatru w żagle tak, żeby coś z tego dnia jednak wyciągnąć. I tak rzeczywiście jest, ten czas wystarczy, by z nadzieją spojrzeć na następną siedmiogodzinną przyszłość.

Anna Popis i jej codzienność
Anna Popis i jej codzienność (AP)

Wszystko wydaje się ok, nawet przedłużająca się w nieskończoność droga do domu nie stanowi większego problemu. „Nagotowane mam, a to podstawa w repertuarze dnia matki, po obiedzie młody weźmie rower, a ja pobiegam koło niego” - myślę. Już czuję motyle w brzuchu na sam pomysł połączenia przyjemnego z pożytecznym i ogromną wdzięczność do męża, że miał tyle cierpliwości, że nauczył go na tym rowerze jeździć. No to plan zatwierdzony, teraz pierwszy punkt z listy należy odhaczyć – obiad.

I tu zaczynają się schody, bo wraz z przekroczeniem progu mieszkania w moje dziecko wstępuje zły duch. Obiera znienawidzoną przeze mnie drogę do zabawkowej farmy i tych nieszczęsnych traktorów. Podaje mi jeden z nich i władczym tonem komunikuje: „Bawimy się, jedziemy kosić pole” – kolejny strzał w entuzjazm. Nie lubię tej zabawy, w której muszę aktywnie uczestniczyć i już. Tym razem tak łatwo nie wyliżę tej rany, bo i z tej zabawy nie wywinę się szybko. Utknę na co najmniej dwie godziny z krótką przerwą na obiad, przy którym trzy razy szlag mnie trafi, że jedzenie ląduje wszędzie oprócz buzi mojego dziecka. Bezmyślnie ruszam tym traktorem w tę i z powrotem, wydając przy tym dźwięki odpowiadające chodzącemu na pełnych obrotach silnikowi, a moje plany właśnie machają mi na do widzenia.

Próby przykupienia i odejścia od mojego miejsca kaźni na niewiele się zdadzą, tym samym mój entuzjazm padł na kolana. Całkowicie zmulona tym przebiegiem dnia, rzucam po raz setny propozycją wyjścia na dwór, na którą, o dziwo, moje dziecko przystaje. Super! – myślę, biegnę do szafy, wbijam się szybko w getry, co by to moje dziecko się nie rozmyśliło i z nadzieją na twarzy komunikuję, że mamusia jest gotowa do wyjścia. „ Nie, nie koleżanko” – słyszę w odpowiedzi. „Idziemy na kije i kałuże” – mój entuzjazm dostał właśnie strzał w wątrobę, leży i kwiczy, bo już nic z tego nie będzie. Wizja dziobania patykiem w kałuży przez następne 1,5 godziny skutecznie odbiera mi apetyt na dociągnięcie do końca dnia. Patrzę na zegarek – 16.00, Boże, byle przetrwać do 19!

W międzyczasie przebiega obok mnie kobieta, a ja w desperackich myślach tworzę wizję chwilowej zamiany miejsc. Dobra, odbiję sobie wieczorem, wcześniejszy prysznic, lampka wina i zaległa książka albo dobry film. Wieczorne walki przy kolacji i nadprogramowo długiej kąpieli dziecka jednak dosyć mocno weryfikują i te plany. W końcu bestia śpi, a ja opadam na sofę, na którą lokuje się także mąż. O wcześniejszym prysznicu na razie zapominam, bo „muszę chwilę odsapnąć”. Teraz czeka mnie decydujące starcie tego dnia, bo ja chcę obejrzeć film z Bridget Jones, a on "Szybkich i Wściekłych". Szukanie kompromisu na Amazon Prime zajmuje nam kolejne sporne 40 minut. Ok mamy! Wybrany film ma trwać nieco ponad dwie godziny. Szybki rzut oka na zegarek – krótko po 21, dobra, odpuszczamy, bo jutro kolejny dzień.

Co się stało z moimi planami i entuzjazmem, że tak dobrze żarło i zdechło? No padło, gdzieś tam między kuchnią a zabawą. Między moją wizją, a faktycznym tokiem wydarzeń. Między porannym uczuciem euforii i nadziei, a kompletnym zmuleniem nielubianą zabawą. Jednego się nauczyłam – jeśli nic nie idzie zgodnie z planem, a entuzjazm z każdą godziną leci na łeb na szyję, biorę się za porządki w szafie. Młody ma radochę ze skakania po rzeczach, a ja poczucie w miarę dobrze, choć zupełnie nie po mojej myśli, spożytkowanego czasu. To moja wersja entuzjazmu, dopasowanego do macierzyńskich realiów.

Polecane dla Ciebie

Pomocni lekarze

Szukaj innego lekarza

Komentarze

Wysyłając opinię akceptujesz regulamin zamieszczania opinii w serwisie. Grupa Wirtualna Polska Media SA z siedzibą w Warszawie jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.