Recenzja "Lilla Lou Travel Designer"

Każdy, kto miał do czynienia z tasiemcem „Moda na sukces” wie doskonale, że moda gra w nim trzecioplanową rolę, daleko za dramatami życiowymi rodziny Forresterów. Złożone intrygi i zaskakujące zwroty wydarzeń były jednak ostatnim, na co zwracałam uwagę, oglądając odcinki tego serialu jako mała dziewczynka. Od samego początku najbardziej ciekawił mnie świat mody, dlatego już jako ośmiolatka postanowiłam zostać projektantką mody.

Zeszyt kreatywny Lilla Lou Travel

Limitowana edycja zeszytu kreatywnego wspiera Fundację Przylądek Nadziei.

Mój zapał nie trwał długo – narysowałam kilkadziesiąt „projektów”, pomstując cicho na ich niedoskonałość (miałam problem z proporcjami nóg), po czym poddałam się, czując, że nie zostanę drugą Coco Chanel. Od tego momentu moje zainteresowanie modą ograniczało się do nabożnego oglądania relacji z pokazów mody, kolekcjonowania suplementów z najnowszymi propozycjami największych projektantów (jako dwunastolatka bezbłędnie rozpoznawałam autorów poszczególnych kreacji) i wyklejania „modowego” notatnika. Z każdym kolejnym rokiem poświęcałam jednak coraz mniej czasu na pielęgnowanie tej pasji, a notatnik wylądował na dnie szafy mniej więcej w momencie rozpoczęcia nauki w liceum.

Mimo iż od dawna nie marzę o byciu projektantką mody, temat ten jest w jakiś sposób mi bliski. Właśnie dlatego perspektywa zrecenzowania pozycji Lilla Lou Travel Designer wydała mi się... kusząca, choć grupą docelową tego wydawnictwa są nastolatki. Aby zapewnić sobie fachowy osąd „targetu”, do współpracy zaprosiłam jedenastoletnią Agnieszkę, córkę sąsiadki. Wspólne popołudnie pod znakiem kolorowych kredek zaowocowało kilkoma obserwacjami na temat Lilla Lou.

Pierwsze wrażenie jest pozytywne – pozycja ma twardą okładkę, sztywne kartki i jest estetycznie wydana. Ciekawy jest dobór kolorów (na próżno szukać tu mdłych pasteli i różu a'la Barbie), okładka jest wyrazista, a postać narysowanej Hinduski w sari idealnie współgra z tematem przewodnim Lilla Lou Travel, czyli podróżami.

Około ¾ całego magazynu stanowią naszkicowane postacie modelek o proporcjonalnych nogach i wielkich oczach. Włosy i makijaż można narysować według własnego pomysłu, dlatego jedno z naszych „dzieł” miało różowe loki, a inne fioletowego irokeza. Dzięki temu, że zarys całej sylwetki jest już gotowy, jako „projektantki” mogłyśmy skoncentrować się na strojach. Pierwsze próby były ugrzecznione, ale z biegiem czasu kreacje stawały się coraz bardziej oryginalne. Sama byłam zaskoczona, ile frajdy może dać rysowanie w gazetce, którą na pierwszy rzut oka można by określić pogardliwie mianem „kolorowanki dla nastolatek”.

Oprócz postaci modelek, Lilla Lou Travel Designer zawiera strony poświęcone ciekawostkom podróżniczym, ale – prawdę mówiąc – są one wręcz zbędne. Zgodnie stwierdziłyśmy, że najlepszym elementem wydania są właśnie strony przeznaczone na rysowanie, zwłaszcza że modelki stoją w różnych pozach i można zaprojektować także tył kreacji lub jej bok.

Podsumowując, Lilla Lou Travel Designer okazała się strzałem w dziesiątkę. Być może trafiła po prostu w dobre ręce mniejszych i nieco większych pasjonatek mody/rysowania... Podejrzewam jednak, że nie mniej entuzjazmu wzbudziłaby także u innych dziewcząt oraz ich starszych sióstr/sąsiadek/ciotek/babć. Na plus przemawia również fakt, iż złotówka z każdego sprzedanego egzemplarza Lilla Lou Travel Designer trafia do fundacji PRZYLĄDEK NADZIEI, która buduje – przy wsparciu Martyny Wojciechowskiej – klinikę dla dzieci chorych na raka.

Komentarze

DYSKUSJE NA FORUM