Bobas lubi wybór. Twoje dziecko pokocha dobre jedzenie (recenzja)

GillRapley była pielęgniarką środowiskową, położną, doradzała w kwestiach laktacji. Zgłębiała również kwestie związane z osiągnięciem przez dzieci gotowości do rozszerzenia diety o pokarmy stałe. Całe Jej doświadczenie zaowocowało doprecyzowaniem teorii baby-ledweaning, której poświęcona jest ta książka.

Tracey Murkett, pisarka i dziennikarka, która wspomnianą teorię rozgryzła i przećwiczyła na własnych dzieciach, w książce dzieli się swą wiedzą.

Ja zaś jestem osobą, która usiłowała zrecenzować książkę, ale nie dała rady oderwać się od teorii w niej zaprezentowanej. Dlatego też nie będzie to typowa recenzja.

Teoria tu opisana dotyczy "problemu", który dotknie każdego rodzica, a określono go terminem "odstawienie". Do tej pory pojęcie to kojarzyło mi się wyłącznie z odcięciem źródła jakiegoś uzależnienia. W tym przypadku odstawienie to nic innego jak wprowadzanie do diety niemowlęcia stałych pokarmów w miejsce mleka, aż do całkowitej z niego rezygnacji. Do celu tego (jak informuje książka) prowadzą dwie drogi. Jedna z nich to tzw. odstawienie sterowane przez rodziców, druga - odstawienie sterowane przez dziecko (czyli właśnie BLW).

Gdy mówimy o sterowaniu przez rodziców, sprowadza się to do stosowania przez nich swego rodzaju przymusu. Tak postrzegają autorki podawanie dziecku wybranego przez dorosłego jedzenia łyżeczką, w czasie wybranym przez dorosłego.

Ta metoda gwarantuje nam, podobno, wychowanie niejadka z tendencjami do zaburzeń odżywiania, z anoreksją i bulimią włącznie.

Gdy sterowanie dotyczy drugiego sposobu, oznacza zostawienie dziecku bez mała nieograniczonej swobody w kwestii własnego żywienia. To nasza pociecha decyduje, kiedy sięgnie po coś konkretniejszego i co to będzie.

Rodzic ma jedynie zapewnić jej taką możliwość. Jednym słowem, gdy tylko malec zanurzy rączkę w naszym talerzu, mamy przygotować mu odpowiednie produkty w łatwej do uchwycenia formie, rozłożyć je przed nim na stole i już. Niech sam zadecyduje czy zje, czy nie i ile.

O produktach innych niż mleko nie ma mowy przed ukończeniem 6 miesiąca życia. Później zaś nie wolno przecierać, miksować, rozcierać czy rozgniatać. Nie wolno też karmić dziecka.

Nie ma mowy o specjalnym gotowaniu dla potomka. Dziecko siada z nami przy stole i je to, co mu do gustu przypadnie z tego, co na stole mamy my sami. Oczywiście dieta rodzica musi być zdrowa, bez soli, cukru i takich tam. W efekcie możemy liczyć na to, że wychowamy niewybrednego smakosza, dziecko, które nie będzie nastręczać problemów. Będzie samodzielne, będzie miało ugruntowane poczucie własnej wartości, bo nikt go nie ubezwłasnowolniał karmiąc łyżeczką, co jak wiadomo jest nieetyczne i upokarzające.Ponadto BLW zapewnia nam relaks i prawdziwie radosną rodzinną atmosferę przy posiłkach (zamiast awantur i łez przy karmieniu). A już wisienką na torcie okażą się oszczędności czasu i pieniędzy (ba! Możemy nawet na karmie dla psów zaoszczędzić!). Rewelacja!

Autorki jasno i kategorycznie określają, którą metodę uznają za właściwą. Wykazują wszelkie jej plusy, jednocześnie demonizując znaczenie "łyżeczki". Po kilku pierwszych stronach oczekiwałam "rewolucyjnej metody" i niestety "nawiedzonych" jej orędowniczek.

Czegoś jak w przypadku niektórych publikacji dotyczących karmienia piersią, w których wbija się mamie do głowy, że tylko karmienie naturalne, bo jak nie, to będzie się wyrodną macochą i skaże dziecko na choroby, wolniejszy rozwój i całe zło tego świata. Podobne nastawienie autorek do podawania bobasowi papek łyżeczką machało do mnie z pierwszych stron tej książki. Na szczęście, Te kobiety okazały się łagodniejsze od swych koleżanek, zajmujących się propagowaniem naturalnego karmienia.

Zaczynają od przedstawienia, jak na przestrzeni lat zmieniały się zalecenia lekarzy i zwyczaje rodziców we wprowadzaniu stałych pokarmów do diety niemowląt. Jest to dość ciekawe i pozwala lepiej zrozumieć, skąd biorą się niektóre wnioski autorek.

Opisują one również, dość konkretnie, w jaki sposób przebiega rozwój umiejętności gryzienia, żucia, połykania, ale i np. chwytania u małego dziecka. Wskazują zależności pomiędzy tymi poszczególnymi etapami rozwoju, a gotowością do spożywania danego pokarmu i rozwiewają (przynajmniej częściowo) obawy co do bezpieczeństwa tej metody żywienia.

Tłumaczą, jakie mechanizmy obronne zapobiegają zadławieniu się malucha samodzielnie spożywanym pokarmem. Nie zapominają o tym, by wyraźnie wskazać, jakich zasad należy przestrzegać stosując BLW (nie ma ich wiele), kiedy i jakie produkty wprowadzać oraz w jakiej formie.

Jak mantrę powtarzają zasadę, że dziecko samo wie najlepiej ile i czego potrzebuje jego organizm. Z niej wyprowadzają wniosek, że jest bardzo mało prawdopodobne, aby dziecko doprowadziło się do anemii czy innych niedoborów.

Mając wolność wyboru przy jedzeniu będzie właściwie rosło i przybierało na wadze (co przy innej metodzie jest wątpliwe). Warunkiem jest dostarczanie maluszkowi różnorodnych produktów z wszystkich grup oraz nieograniczanie dostępu do mleka. Dziecko samo z niego zrezygnuje, gdy będzie zaspokajało swe potrzeby innym jedzeniem.

W książce padają stwierdzenia, które budziły mój gorący sprzeciw i niechęć. Po lekturze doszłam jednak do wniosku, że część rozbieżności wynika chociażby z faktu innych realiów życia. Okazuje się, że to, co w Anglii było propagowane, u nas już niekoniecznie. Dlatego np. stwierdzenie, że odstawienie sterowane przez rodzica zakłada na początku "głodzenie" dziecka przed podaniem czegoś innego niż mleko ustawiało mnie w opozycji do Pań.

W książce jest jednak sporo ciekawych opinii godnych uwagi, pod którymi podpisałabym się bez oporów. Oto jedna z nich: dziecka przy jedzeniu nie zabawiamy opowieściami o samolociku i bajkami w TV, byle tylko zjadło. I jeszcze jedna - jak najwcześniej uczymy dziecko samodzielnego jedzenia, nawet jeżeli posiłek trwa dłużej i powoduje bałagan.

Najmniej ciekawym elementem książki są historyjki z życia wzięte. Wiem, że mają uwiarygodniać teorię, ale dla mnie to tylko propaganda.

Sama idea BLW, jak zauważy wiele mam, które tę pozycję przeczytają, nie jest niczym odkrywczym. Znaczna część z nas stosuje ją intuicyjnie (może tylko w mniej rygorystycznej formie), opierając się na obserwacji, wiedzy, a przede wszystkim zdrowym rozsądku.

Jak każda teoria, musi ona być dostosowana do rzeczywistych warunków, w których ma być zastosowana. Jeżeli do treści tej publikacji podejdziemy z dystansem i refleksją, może ona przynieść nam sporo dobrego. Szczególnie skorzystają mamy, dla których kwestie żywienia ich pociech urosły do rangi problemu.

Ponieważ książka jest bardzo sprawnie skonstruowana, na wiele sposobów powtarza główne idee, jej język jest prosty i lekki, więc lektura nie wymaga zbytniego skupienia i można spokojnie cieszyć się nią na plaży lub na ławeczce w parku. Czas szybko upłynie i nawet nie zauważymy, że już skończyłyśmy.

Czytelnik musi pamiętać o jednej kwestii - każde dziecko jest inne i to, co dobre dla jednego, przy innym się nie sprawdzi, a w skrajnych przypadkach może wyrządzić szkody.

Miłej i inspirującej lektury.

Aneta S. Marciniak, ponad rok temu
Komentarze

DYSKUSJE NA FORUM