Bardzo cię kocham, ale odejdź precz

Są takie dni w życiu mamy, że jedyne czego pragnie, to święty, niczym niezakłócony, spokój. Taki, w którym nie ma miejsca ani na dziecko ani męża. Matce nie wypada? Ojj wypada!

Znasz to uczucie, kiedy goni cię czas i lista rzeczy do załatwienia, a twoje dziecko, jak na złość, domaga się podwójnej uwagi, stanowczo odmawiając współpracy, a każde niezadowolenie wyraża wzmożonym krzykiem, który doprowadza cię do szału?

Zobacz film: "Co należy wiedzieć na temat fizjologii dwulatka?"

Albo maluch na siłę próbuje zaangażować cię w zabawę, którą znasz na pamięć i na samą myśl o tym, że znów musisz odgrywać znane do bólu sceny, ze znanymi do bólu rekwizytami, dostajesz wysypki, a twój uśmiech znika? Na długo. Nie chcesz zawieść, bo co to za matka, która nie ma ochoty na zabawę z dzieckiem, dlatego zmuszasz się do takich gierek kompletnie ignorując swoje samopoczucie. Ale ileż można codziennie przerabiać ten sam schemat, bez uszczerbku na własnym zdrowiu?

Liczba wypowiedzianych na minutę słów „Mama” przyprawia o zawrót głowy i w myślach utwierdzasz się tylko w przekonaniu, że takie „mamkanie” zaraz cię wykończy. Głowa ci pęknie, a twoim jedynym sprzymierzeńcem w tej wojnie okaże się wysokość twojego pięciopiętrowego bloku, z którego przynajmniej dwa razy dziennie masz ochotę skoczyć. A może po prostu, zwyczajnie w świecie, wszystko ci się ulewa, bo przed chwilą doszłaś do wniosku, że cały dom i wychowanie dziecka jest tylko i wyłącznie na twojej umęczonej głowie. Na dodatek zobaczyłaś swoje nędzne odbicie w lustrze „zadbanej mamy”, które nijak ma się do tego, co sobie wyobraziłaś w ciąży.

Masz dosyć każdego dźwięku, a jedyne czego pragniesz to chwila spokoju i całkowitej ciszy, ale zanim taka myśl na dobre zagości w umyśle, wkracza absorbujący maluch albo partner, który nagle zapomniał, gdzie położył przedmiot (śrubokręt) niezbędny mu w tej chwili do życia.

W myślach rozszarpuję ich na małe kawałki, jak kartkę z cienkiego papieru i "Bammm, już po nich". Niestety, w rzeczywistości oni dalej są i ciągle ode mnie czegoś potrzebują. Coraz częściej łapię się na takich myślach i nie wiem, czy już mam powiesić sobie na szyi kartonik z napisem „najgorsza matka i żona we wszechświecie”, czy po prostu potrzebuję chwili wytchnienia i reorganizacji swojego życia, żeby wilk był syty i owca cała?

To nie jest tekst z cyklu „3 sposoby na wyperswadowanie dziecku zajmowania ci wolnego czasu”. Niestety. Takich sprawdzonych metod nie znam. Ale pomyślałam, że czasami dobrze jest poczytać, że inni też mają do d****y.

Przypominam sobie taki horror z czasów wczesnonastoletnich, w którym to główni bohaterowie posiedli wielką władzę, pozwalającą na regulowanie rzeczywistości zgodnie z ich upodobaniami i korzyściami. Meili laser w oczach i używali go albo do zmuszania innych do zrobienia czegoś, albo do zabijania. Taką supermoc życzyłabym sobie raz w tygodniu, no góra dwa, a ład i porządek powróciłby w naszych czterech ścianach. Chodziliby jak zegareczki, a ja byłabym panią sytuacji. Ha! Gdybym miała możliwość wsadzenia czasami mojego dziecka i męża do wehikułu czasu i wysłania ich w bliżej nieokreśloną przestrzeń, tak na 5 godzinek dziennie, uwierzcie, loty odbywałyby się prawie codziennie!

Zanim mały skończył dwa lata, sporo naczytałam się o okresie buntu dwulatka. Trochę mnie to przerażało, ale mijały miesiące, a ja nic nadzwyczajnego nie zaobserwowałam. Owszem, były lepsze i gorsze chwile, jak to w życiu bywa, ale przy tak energicznym dziecku, jakim jest Rumcajsik, nie zauważyłam żadnego odstępstwa od normy. Może to kwestia przyzwyczajenia? Może byłam już tak wprawiona w toczenie boju o wszystko, że nie zauważyłam kiedy „nienormalne” przeistoczyło się w normalność?

Tak czy inaczej, ataki histerii, wybuchy płaczu z byle powodu, upartość i tego typu przyjemności skutecznie zaczęły utrudniać mi życie. I o ile jestem fanką pewnych sprawdzonych, cywilizowanych metod wychowawczych, o tyle w tym przypadku mogłam o nich zapomnieć. Bo jak wyperswadować małemu terroryście sklepową histerię, skoro on pięściami i płaczem stanowczo odmawia współpracy? Nie da się!

Abstrahując od ekstremalnych sytuacji, które bądźmy szczere, nie zdarzają się codziennie (mam nadzieję), dochodzi całe mnóstwo innych, takich domowych, które również potrafią wykończyć. W końcu ileż razy można odpowiadać na to samo pytanie zadane za każdym razem w inny sposób? Tak, wiem, muszę przyznać to sama przed sobą, że nie tak dawno pragnęłam, aby mały zaczął już mówić. Wyobrażałam sobie nasze pogawędki o życiu. Niestety nie przewidziałam, a może kompletnie zignorowałam fakt, że taka mała, dociekliwa papuga może skutecznie zatruwać życie! Od rana słyszę pytanie „Dlaczego?” i bądź tu mądry i odpowiadaj na każde z nich, aby usatysfakcjonować malucha. Po jakimś czasie elokwentne odpowiedzi zamieniłam na: „Nie wiem”. Z wygody i znudzenia. Kiedy już myślałam, że to załatwi chwilowo sprawę, dostałam jak obuchem w łeb: „ A dlaczego nie wiesz?”. Poddałam się.

Do worka codziennych, przykrych obowiązków z odpowiedziami po raz tysięczny na te same pytania zadane w inny sposób, w stylu „A gdzie pies ma nos i czy nasza Dziunia też go ma?”, mogę wrzucić bardzo odpowiedzialną funkcję kosiarza wyimaginowanego zboża zabawkowym kombajnem. To mój oprawca, to jest to, co wykańcza mnie najbardziej. Nie lubię bawić się w farmę i już. A wszelkie próby przemycenia propozycji zabawy w coś innego kończą się zdecydowaną odmową ze strony mojego dziecka. Niestety, jak na złość, mały od drugiego półrocza życia wykazuje wzmożone zainteresowanie sprzętami rolniczymi i trzodą chlewną. Ba! Mamy prawdziwe gospodarstwo zajmujące cały nasz pokój.

Zwykle poranek Rumcajsik rozpoczyna słowami: „Cześć sąsiedzie, od rana kosimy!”. I wtedy wiem, że muszę zakasać rękawy i brać się za ten kombajn imitując dźwięk tegoż wspaniałego sprzętu. Mam też przydzielony traktor i przyczepę i jedziemy z tym koksem. A kosić trzeba pół dnia! Nie muszę chyba dodawać, że po wydawaniu dźwięku kombajnu i odgrywaniu rolniczych scenek rodem z życia dużego gospodarstwa, mam serdecznie dość. Każda próba odejścia od mojego miejsca kaźni kończy się głośnym protestem małego: „Nieee, kosimy, kosimy, pracujemy!”. Ja prawdę mówiąc haruję, zmagając się ze znudzeniem, tłamszoną złością, myślami, co najchętniej zrobiłabym w tym czasie (i co musiałabym zrobić) i mimo wszystko staraniem się, abym wypadła wiarygodnie w swojej rolniczej pracy. Nie wiem, może gdybym miała córkę i zamiast samochodzików, koparek, traktorów, wózków widłowych i tych nieszczęsnych kombajnów, lalki do zabawy, poszłoby mi lepiej?

Wiem natomiast, że dla swojego zdrowia psychicznego potrzebuję codziennie chwili dla siebie. Bez marudzenia, proszenia, zaczepiania, czy to ze strony dziecka, czy męża. Długo zajęła mi walka ze sobą i wewnętrznym głosem, że zawsze muszę być w pełni dyspozycyjna, całkowicie szczęśliwa, zaangażowana, spełniona w roli mamy i rozsadzana pomysłami na zabawianie Rumcajsika, po prostu wszystko codziennie na tip top. A g****o prawda, bo to nic złego, że czasami zwyczajnie mi się nie chce, że mam gorszy dzień, że chwilami tęsknię za czasami, kiedy nie było tego malucha, a ja mogłam robić co chcę, jak chcę i kiedy chcę.

Naprawdę rzadko można znaleźć publikacje w stylu „Matka też człowiek i swoją wytrzymałość ma”, a szkoda, bo może wtedy wyrzuty sumienia byłyby mniejsze? Taka społeczna presja na bycie zawsze w gotowości jest nie fair, bo o ile w świadomości ludzi funkcjonuje ojciec zaczytany w gazecie lub oglądający telewizję i czasami rzucający kontrolne spojrzenie dziecku zajmującym się samym sobą, o tyle taki obraz matki nie miałby prawa bytu, bo co to za matka? Ojciec to co innego! Doszło do tego, że nawet pisząc ten wpis zastanawiam się, czy jest w miarę poprawny politycznie, czy oby nie zlinczują mnie w myślach matki polki!

Znalazłam dla siebie oazę w tej zabawkowej krainie, która oferuje mi 2w1 – uczestniczenie w zabawie z dzieckiem i jednocześnie wyciszenie oraz relaks. To malowanki doskonale znane jako mandele, których pełno w internecie gotowych do wydrukowania. Zwykle przy podwieczorku wyciągamy swoje zabawki – mały kolorowanki, a ja mandele i tak spędzamy sobie kilkanaście minut. W spokoju, w skupieniu, z odpowiednim dystansem pozwalającym przetrwać pozostały czas do dobranocki. Czasami taki przystanek potrafi zdziałać naprawdę cuda i wyciszyć skołatane nerwy.

Ostatnio, przez zupełny przypadek, trafiłam na książkę „Być rodzicem i nie skonać. Rodzicielstwo na luzie” Toma Hodgkinsona. Podeszłam do niej z wielką dozą nieufności, bo sądziłam, że to kolejny poradnik mądrego, bezdzietnego psychologa radzący, jak żyć i wychowywać. A że od poradników niejako jestem uzależniona, to i ta pozycja trafiła do mojej domowej biblioteczki. Muszę przyznać, że myliłam się co do autora (bo to w końcu ojciec trojga dzieci), jak i do tej książki, bo to odprężająca lektura pozwalająca spojrzeć na rodzicielstwo z nieco innej perspektywy, z mocnym przymrużeniem oka. Bez spinania się, z tytułowym luzem w tle i z charakterystycznym amerykańskim poczuciem humoru. Raczej nie znajdziemy w niej rad ratujących życie, albo wywracających do góry nogami twoje dotychczasowe podejście do kwestii wychowania dziecka, ale w wolnych chwilach warto poczytać w celu nabrania dystansu do swojej rodzicielskiej roli.

No i po tej lekturze tylko się upewniłam w moim, dopiero kiełkującym, przekonaniu, że czasami, tak po prostu, całkiem egoistyczne i brutalnie musze powiedzieć: „Skarbie, bardzo cię kocham, ale odejdź precz!”. Dla dobra nas wszystkich. I mam do tego święte, matczyne prawo!

Następny artykuł: Cztery proste sposoby na uspokojenie złoszczącego się dziecka

Polecane dla Ciebie

Pomocni lekarze

Szukaj innego lekarza

Komentarze

Wysyłając opinię akceptujesz regulamin zamieszczania opinii w serwisie. Grupa Wirtualna Polska S.A. z siedzibą w Warszawie jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.