|
|||||||
| Komunikaty |
![]() |
|
|
LinkBack | Narzędzia recenzji | Wygląd |
|
Dodane przez
agan5
w dniu
22-03-08, 22:20
|
||||||||||||||||||||||
|
Witam ,ja tez rodziłam w tym szpitalu w 2004 roku i nie bylo tak zle .Mam porównanie bo pierwsza corke rodziłam poza Warszawa i uwieżcie mi bez porównania.Bardzo podobała mi się opieka dzieci w poradni neonatologicznej po wyjściu ze szpitala,a sale byly 4 osobowe więc nie tak zle.Pielęgniarki opiekowały sie dzieckiem ,kąpały same więc wieczorem była chwila spokoju.No i sporo dodatkowych badań dziecka których przy pierwszym porodzie nie bylo.Polecam ten szpital
|
|||||||||||||||||||||
|
Dodane przez
monikstar
w dniu
17-10-09, 07:34
|
||||||||||||||||||||||
|
ja rodziłam w tym szpitalu w listopadzie 2007, miałam cesarkę
wady fatalna opieka na noworodkach. ja rozumiem ze mało zarabiają ale panie pielegniarki bardzo nieprzyjemne jakby były tam za karę. a juz nie daj Boze czegos chciec nie kapią dzieci zalety wspaniali lekarze-na patologii i podczas porodu. i fantastyczna Pani Zosia(opiekowała sie mną w nocy po cesarce, fakt ze była opłacona ale za taką opiekę zapłaciłabym 2 razy tyle) miałąm to szczescie ze lezałam na 3 osobowej sali a małej nc nie było wiec szybko wyszłysmy do domu. za miesiąc znów tam rodzę, mam nadzieje ze bedzie miejsce.. |
|||||||||||||||||||||
|
Dodane przez
monikstar
w dniu
03-12-09, 22:26
|
||||||||||||||||||||||
|
jestem po 2 cc w tym szpitalu. bardzo sie poprawiło.opieka lekarska bez zarzutu, jak zawsze, pielęgniarki, zostały te którym sie chce pracowac a nie za kare, wiec duza poprawa,ocena nizej niz lekarze, bo jedna ciągle była jakas naburmuszona, a moze po prostu miała złe dni, nadal nie kąpią dzieci, ale moze i dobrze
opieka nad dzieckiem pielęgniarska-duza poprawa, podobnie jak u pielęgiarek, zostali tylko chętni sala jak sala, hotel z gwiazdkami to to nie jest, ale bardzo przyzwoicie. i znów miałam to szczescie ze byłam na 3 osobowej sali:) a 1 noc spędziłam sama z dzieckiem wyzywienie nie narzekam, dieta lekkostrawna, pozdrawiam przesympatycznego pana, który roznosił posiłki. bardzo polecam ten szpital. jakosc usług na bardzo wysokim poziomie. nie tylko w Lesnej Górze w TVP2 moze byc miło w szpitalu. wole taką"ludzka" placówkę niż nowoczesny wypasiony budynek z zimnym mało empatycznym personelem |
|||||||||||||||||||||
|
Dodane przez
zuzai
w dniu
30-12-09, 22:04
|
||||||||||||||||||||||
|
Rodziłam w styczniu 2007 roku . Skończyło się cesarką ale ..... nie było żle
Moja córkę uratował wspaniały lekarz dr. Jastrząb ze wspaniałymi położnymi i pielęgniarkami . Atmosfera rodzinna i choć może rzeczywiście nie jest to Hilton to BARDZO POLECAM WSZYSTKIM PRZYSZŁYM MAMĄ, ZAPEWNIĄ TAM BEZPIECZEŃSTWO I WAM I WASZYM MALUSZKOM. Dziewczyna która leżała ze mną na sali urodziła synka ważacego 790 gram. Dziś jest wspaniałym trzylatkiem i zawdzięca swoje życie i zdrowie lekarzom z kliniki Orłowskiego. jEDZENIE BYŁO KOSZMARNE TO FAKT ALE TO CHYBA JEDYNY MANKAMENT TEGO SZPITALA. |
|||||||||||||||||||||
|
Dodane przez
bobla
w dniu
01-01-10, 15:27
|
||||||||||||||||||||||
|
Rodziłam tam w 2006. Nacinają rutynowo krocze, nie myją noworodków, nie mozna zmienić pozycji rodząc, goła krocze "na siłę", czekają z cesarką, robią bolesne badania w czasie porodu w momentach skurczu. Niefachowi. Naciskają na karmienie naturalne.. Przy porodzie asystuja studenci, wchodzą i wychodzą ludzie. nIKT NIKOGO O ZGODE NIE PYTA, NAWET JAK MASZ PRYWATNA SALĘ. Zagladaja w krocze przy wszystkich na obchodzie. Nie zapewniają żadnej intymności. Nie pokazali jak karmic, jak przystawiac dziecko. W nocy spia i nie nalezy im przeszkadzac..
Plusy: mili studenci, jedna Pani polozna. Wyzwienie jak najbardziej OK. |
|||||||||||||||||||||
|
Dodane przez
monmar
w dniu
24-01-10, 23:25
|
||||||||||||||||||||||
|
Ja rodziłam w maju 2009. Był to dość szalony czas, kiedy patologia ciąży była obłożona do granic możliwości. Ja z braku miejsc na sali i korytarzu, jedną noc spędziłam na pustej porodówce:) mimo to sam pobyt w szpitalu, poród i opiekę poporodową oceniam na dobry +.
Lekarze sympatyczni, ordynator dr Jastrząb - super człowiek, bardzo pozytywny, a swoim dobrym humorem zarażał nawet b.nieszczęśliwe mamy. Pielęgniarki na położnictwie nie wnikały za bardzo w życie pacjentek ale starały się pomóc gdy ktoś o to prosił. Pomogły mi w przystawieniu dziecka do piersi. Na minus mogę zaliczyć fakt, że prawdopodobnie w czasie porodu zostałam zakażona bakterią (mój gin powiedziała, że najprawdopodobniej gdy siedziałam w wannie z wodą)m co zoowocowało ciężką infekcją u dziecka i 10-dniowym pobytem w szpitalu. Opieka na noworodkach była bardzo dobra. Spędzałam tam b.dużo czasu ponieważ dziecko leżało przez ponad tydz. w inkubatorze. Wśród pielęgniarek były super wyrozumiałe, ciepłe i serdeczne osoby jak i te milczące, opryskliwe - tych drugich na szczęście było może ze dwie. Wydaje mi się jednak, że każdy z nas w swoich miejscach pracy znajdzie chociaż 2 tzw. czarne owce:) więc nie dziwmy się że są również w szpitalach. Menu monotonne - przy dłuższym pobycie w szpitalu łatwiej zrzucić kg po ciąży. Sale czyste i przyjemne. To był mój pierwszy poród, ale kolejne dziecko również chciałabym urodzić w tym szpitalu. Dodam może, że lekarze z zespołu pracującego w tym szpitalu dosłownie "wyrwali z rąk śmierci" dziecko, dziewczyny z którą tam leżałam. Trafiła do nich w ostatnim momencie, po prowadzeniu ciąży w prywatnej klinice. Zresztą jeśli chodzi o fachowość opieki medycznej to takie nazwiska jak dr Roszkowski i Garwoliński, mówią same za siebie a dziewczynom z ciążą patologiczną pewnie nie są obce. |
|||||||||||||||||||||
|
Dodane przez
reso7
w dniu
09-03-10, 17:44
|
||||||||||||||||||||||
|
Witam ja rodziłam w kwietniu 2009 r. i byłam bardzo zadowolona, fakt faktem miałam swoją położną cudowna panią Renatę, ale i taka cała obsługa była super ( oprócz pani na izbie przyjęć)
![]() |
|||||||||||||||||||||
|
Dodane przez
malutka_m
w dniu
19-04-10, 13:20
|
||||||||||||||||||||||
|
mój poród:
Nie będę pisać w czasie teraźniejszym, bo to, co tu opiszę wydarzyło sięprawie rok temu.. Moja ciąża przebiegała wyśmienicie bez żadnych komplikacji, bólu, itp. zjawisk. Każdy mi mówił, że będę miała lekki poród, bo mam szerokie bioderka..ale widać każdy się mylił.. 04.05.2009 poniedziałek Skurcze nadeszły mnie od krzyża.. po wizycie w szpitalu zostaję odesłana do domu, bo KTG nie wykazuje zupełnie nic.. nie ważne, że ja się zwijam z bólu ważny jest zapis maszyny… 05.05.2009 wtorek godz. 01:20 Leżąc na łóżku zwijałam się z bólu.. w dalszym ciągu miałam skurcze, ale nie od brzucha tylko od krzyża.. ponoć najgorsze.. ja śmiało mogę powiedzieć, że są straszne, jak by ktoś w plecy wbijał setki noży.. pojechaliśmy do szpitala.. od paru miesięcy wiedziałam, że chcę w nim rodzić, podobał mi się jest odnowiony i nie czuć smrodu szpitala jak się w nim przebywa.. ten szpital to Samodzielny Publiczny Szpital Kliniczny im. prof. Witolda Orłowskiego mieszczący się w Warszawie.. i stało się od tej nocy żałuję, że wybrałam właśnie ten szpital. Trafiłam na Izbę Przyjęć położna podłączyła mnie do KTG, które nie wykrywa skurczów krzyżowych.. po zapisie przyszła do mnie lekarka niestety nie wiem jak się nazywała, ale była bardzo sympatyczna, zbadała mnie i stwierdziła, że skurcze faktycznie są, ale rozwarcie 0cm. Tylko dzięki temu, że termin porodu był na 26.04.2009 roku (tak, więc 8 dni po terminie) zostałam przyjęta do szpitala. I wtedy zaczął się horror.. Zostałam położona na sali dwu osobowej na łóżku porodowym i podłączona do zapisu KTG.. Mąż posiedział ze mną godzinę i pojechał do domku, aby nabrać sił na poród rodzinny, bo o takim właśnie marzyliśmy. Ja zostałam sama. Skurcze nachodziły mnie, co 5, 10 minut i były nie do zniesienia.. Po paru godzinach przywieźli na salę dziewczynę, która przy mnie urodziła piękną dziewczynkę, a ja dalej leżałam i się męczyłam.. 08: 00 obchód Po badaniu ginekologicznym lekarze stwierdzają silne skurcze, ale 0cm rozwarcia.. postanawiają podłączyć mi oksytocynę w celu zaostrzenia i przyśpieszenia skurczy, a zarazem akcji porodowej.. Zostaje założony mi wenflon na prawą dłoń i podłączona strzykawka z tym świństwem.. Przyjeżdża mój skarb, aby wesprzeć mnie w trudnych chwilach.. Co jakiś czas wpada pielęgniarka, która kontroluje podawaną mi oksytocynę. Ja za każdym razem zwijam się z bólu zaciskając dłoń męża.. Skurcze stają się coraz silniejsze i częstsze.. aż są, co 2 minuty, ale pomimo tego testu oksytocynowego lekarze stwierdzają 0 cm rozwarcia.. i uznają test za negatywny.. Lekarze męczą mnie, co 1, 2 godziny sprawdzając czy jest jakiś postęp w porodzie niestety nic się nie rusza.. Na wieczornym obchodzie zjawia się prof. dr hab. n. med. Grzegorz Jakiel (ordynator oddziału ginekologii i położnictwa) , który zauważa, że jest całkowity brak akcji porodowej i ochrzania lekarzy, którzy podłączyli mnie pod oksytocynę. Nakazuje położnym podać mi kroplówki uspokajające i przeciwdziałające oksytocynie oraz podać zastrzyki przeciwbólowe.. Położna wbija mi zastrzyk domięśniowy w pośladek i trafia tuż obok nerwu.. i tu mam dodatkowy ból. Leżę w dalszym ciągu na sali porodowej na niewygodnym stworzonym do rodzenia łóżku, ponieważ na patologii nie ma miejsc. Pielęgniarka, co jakiś czas przychodzi i kontroluje mój stan, aż zauważa, że wenflon, który mam założony jest założony źle i wyjmuje mi go. W końcu zjawia się mój lekarz prowadzący dr Piotr Szachowski (na szczęście tylko ostatnie tygodnie ciąży mi prowadził) z informacją, że z sali porodowej komercyjnej zrobią mi pokój patologii ciąży.. czekam na niego około 4 godzin, ponieważ zdążył się tam odbyć poród rodzinny i matka z dzieckiem musi przeleżeć 2 godziny nim ją przewiozą na salę poporodową. Mąż jest cały czas ze mną gdyby nie on to chyba bym się całkowicie załamała, to on był moją największą podporą w tym horrorze. W końcu przenoszą mnie na salę gdzie oczywiście trafiam na łóżko porodowe.. pokój – sala komercyjna jest o tyle fajna, że znajduje się w niej dodatkowo kanapa i prysznic. Mąż zostaje ze mną jeszcze godzinkę, a ja w tym czasie biorę kojący, gorący prysznic, po czym kładę się na tym nie wygodnym łóżku. Przesypiam około godziny i przenoszę się na kanapę, która jest troszkę krótka, ale wygodniejsza niż tamto łóżko.. Przesypiam godzinkę. Do pokoju wchodzi pielęgniarka informując mnie, że będę miała towarzystwo.. właśnie na Izbę Przyjęć trafiła dziewczyna, która ma ostre skurcze. Jak się okazuje ta kanapa jest rozkładana i już mam znacznie wygodniej. Dziewczyna ta – Renata przechodziła już jedno cesarskie cięcie i boi się, że teraz też to będzie musiała przejść.. i tu się nie myli.. 2 godziny później zabierają ją na salę operacyjną. Ja budzę się, co chwilę i wyję z bólu, ale dopiero rano zagląda do mnie położna (zachowuje się tak jak by przez całą noc nie słyszała moich krzyków) i zaprasza mnie na badanie ginekologiczne.. 06.05.2009 środa Lekarze stwierdzają 2,5 cm rozwarcia i mówią mi, że dziś będę rodzić.. choć ja wiem, że jest coś nie tak to oni nic sobie z tego nie robią.. Przyjeżdża mój mąż i wspiera mnie jak najbardziej może.. cieszymy się, że to ma nastąpić dziś, bo to będzie oznaczało koniec moich męczarni.. Zostaje mi zadane pytanie czy chcę rodzić na sali zwykłej czy komercyjnej, bo już chcą mnie przenosić.. Od początku chcieliśmy salę rodzinną, ponieważ mąż chciał być ze mną przy porodzie i przeciąć pępowinę. Zostajemy przeniesieni na drugą salę komercyjną (różnią się tylko tym, że w jednej jest prysznic a w drugiej wanna) po przeniesieniu dostaję pozwolenie na wzięcie ciepłej kąpieli.. leżę w wannie 30 minut czując delikatne ukojenie.. po wyjściu niestety są takie same bóle.. Jestem badana, co godzinę, dwie, ale postępu porodu nie widać. Jedni lekarze mówią 2,5 cm inni 3 cm tak jak by się w ogóle na tym nie znali.. Spaceruję po korytarzu z mężem, bo to mi zalecają lekarze.. odwiedzam przy okazji tą dziewczynę, która w nocy miała cesarskie cięcie, widzę ją leżącą w łóżku niemogącą się ruszyć po znieczuleniu. Na szczęście czuje się dobrze. A ja?? W dalszym ciągu nic.. Wracam na salę i … ponownie zostaje mi podłączona oksytocyna.. jesteśmy załamani.. no, ale dzielnie znoszę wszystkie te cierpienia.. oczywiście lekarze, co chwilę we mnie „grzebią” sprawiając mi coraz większy ból.. dostaję delikatnego krwotoku.. ale leżę dalej dzielnie na tym okropnym łóżku.. przymykam oczy, ale co jakiś czas je otwieram i widzę jak mojemu mężowi lecą łzy.. on próbuje to przede mną ukryć, a ja udaję, że nie widzę tego, że on płacze… Cały dzień przelatuje minuta po minucie sekunda po sekundzie słyszę ten cholerny zegar tykający nad moją głową.. zbliża się wieczór.. Mąż jest cały czas ze mną.. lekarze w dalszym ciągu robią obchód, co 2h kontrolując mój stan. Cały czas zostaję przy 3,5cm i nic się dalej nie chce ruszyć.. ok. godziny 22:00 przychodzą dwie z najbardziej nieprzyjemnych położnych i zaczynają między sobą rozmawiać, że jakoś trzeba to ruszyć, aby się zaczęło coś w końcu dziać.. Jedna z nich postanawia przebić mi wody płodowe.. Wkładając mi palce sprawia wielki ból.. czuję mojego synka jak ucieka na prawą stronę nie wiem, co się dokładnie z nim dzieje.. nagle czuję jak wody wypływają mi, co też nie jest przyjemne.. potem karzą mi wejść do wanny i oblewać się przez 45 minut gorącą wodą.. po tym wszystkim kontrolują mnie i stwierdzają, że nic się nie ruszyło. Do karty „historia choroby” wpisują, że wody mi same odeszły o godzinie 0:15.. kłamstwo goni kłamstwo.. zostawiają mnie z mężem sam na sam a ja dalej wyję z bólu, bo teraz skurcze są jeszcze silniejsze.. około 2:00 w nocy przychodzi do mnie przesympatyczna lekarka Anna Wasiluk (chyba nie pomyliłam nazwisk) i widząc mój ból namawia mnie na znieczulenie zewnątrzoponowe, przez chwilę się waham, ale w końcu razem z mężem postanawiamy zastosować się do jej zaleceń. Jakieś 15 minut później przychodzi anestezjolog z pielęgniarką i tłumaczą mi, na czym to będzie polegało. Głównym poleceniem jest żebym usiadła na krześle i całkiem się rozluźniła, ponieważ musi mi się wbić w kręgosłup a on musi być rozluźniony.. niestety tu też trafiam na nieudolność lekarki, ponieważ dopiero za trzecim razem udaje jej się dobrze wbić igłę.. tłumaczyła się tym, że mam za cienki kręgosłup.. każda wymówka jest dobra byle wina nie leżała po jej stronie.. ale w końcu nadchodzi ukojenie zostaje mi podane znieczulenie i po około 30 sekundach nie czuję tego cholernego bólu.. Znieczulenie działa 2h, po czym należy podłączyć następną dawkę. I tak trochę udaje mi się zdrzemnąć.. |
|||||||||||||||||||||
|
Dodane przez
malutka_m
w dniu
19-04-10, 13:20
|
||||||||||||||||||||||
|
07.05.2009 czwartek
NAJSZCZĘŚLIWSZY DZIEŃ W MOIM ŻYCIU !! Rano około godziny 9:00 na obchodzie zjawia się dr Leszek Jastrząb, przeprowadza badanie ginekologiczne i stwierdza, że wszystko w dalszym ciągu stoi w miejscu.. widząc moje wyczerpanie proponuje mi cesarskie cięcie tłumacząc, że za chwilę dojdzie u mnie do zakażenia wewnątrzmacicznego płodu.. wtedy pojawiają się u mnie łzy.. tak bardzo chciałam urodzić naturalnie w towarzystwie męża, a tu nagle operacja. Wypytuję o wszystkie szczegóły lekarza, bo nie wiem, na czym ten zabieg polega, a on skrupulatnie na wszystkie moje pytania odpowiada. Po około 30 minutach podejmujemy decyzję i już zaczynają mnie przygotowywać do zabiegu. Po podaniu znieczulenia (mocniejszego) dostaję dziwnych drgawek. Lekarze tłumaczą to stresem, że tak reagują moje mięśnie, które są już wyczerpane. Ok. 9: 45 zostaję przewieziona na salę operacyjną. Mąż zostaje przed drzwiami.. widzę go płaczącego i zdenerwowanego. Zaczyna się operacja.. zostaję podłączona pod przeróżne aparatury, które mierzą m.in. moje tętno.. w dalszym ciągu drżę, więc podczepiają mnie pod jakieś pasy (chyba bezpieczeństwa, żebym się nie zsunęła ze stołu operacyjnego) do drugiej ręki zostaje mi podłączony wenflon (to już 4) oraz podłączona jakaś kroplówka. Anestezjolog sprawdza szpilką czy znieczulenie działa i lekarze przystępują do cesarskiego cięcia.. Leżąc tam miałam całe życie przed oczami, bólu się nie czuje, tylko dotyk i dziwne uczucie, kiedy wyciągają z brzucha dziecko.. Na twarz mam założony aparat tlenowy. Dr Wojciech Chojecki, bo tak nazywa się lekarz, który był główna osobą przeprowadzająca operację przekazuje mi informację, że syn nie przyszedłby na świat siłami natury a gdyby lekarze wstrzymali się jeszcze ok. 2h to niestety, ale na świecie nie było by ani mnie ani jego. Dziwi go cała sytuacja, że lekarze widząc mój stan nie zrobili mi już w poniedziałek USG, które wykazałoby, że maleństwo się przekręciło, ale uśmiecha się do mnie mówiąc, że jest już ok. Potem dla delikatnego rozweselenia próbuje odwrócić moja uwagę od operacji różnymi historyjkami m.in. o Pinokio Cała operacja trwa 25 minut i o godz. 10:25 słyszę płacz małego Piotrusia Dawida, a wtedy zaczynają napływać mi do oczu łzy.. asystentka, która jest cały czas przy mnie i informuje mnie o poczynaniach lekarzy zdejmuje mi aparat tlenowy i mówi, że za chwilkę pokażą mi synka. Jak na razie poinformowali mnie tylko, że waży 4000 g i ma 58 cm. Po chwili kładą mi na ramieniu moje maleństwo, niestety nie mogę go dotknąć, więc całuję go ile mogę mówiąc, że go kocham. Moje maleństwo uśmiecha się delikatnie i niestety zostaje mi zabrane. Teraz czas, żeby zobaczył go tatuś.. Lekarze kończą mnie zszywać i zostaję przewieziona na salę pooperacyjną i zostaje mi podane jakieś dodatkowe znieczulenie.. Po około godzinie na salę zostaje przywieziony nasz syn i następuje pierwsze dostawienie do piersi.. ja na pewno tam juz rodzic nie bede !!!! |
|||||||||||||||||||||
|
Dodane przez
fuckgoogleaskme
w dniu
10-07-10, 10:06
|
|
Cóż, drugi raz tam nie urodzę. Nie wiem skąd biorą się opinie pow. 50% dla tego 'szpitala', ale cóż - podczas mojego pobytu przywieziono do szpitala jakąś starszą osobę karetką 'Luxury Medical Care' więc....
Generalnie syf, aż śmiech bierze jak przychodzą młode pary zapisać się na poród rodzinny w tym szpitalu... niech rozglądają się dalej. Salowe - poezja, mop-nieśmiertelnik-morderczy-śmierdzielnik - wielką sztuką jest przejechać jednym mopem kilka sal - współczucie dla ostatniej (jak na ironię jest to po operacyjna). Jedzenie, ktoś już wspominał - nieadekwatne do stanu pacjentów. Jeden plus to przesympatyczne i ZAANGAŻOWANE stażystki, które swoją obecnością i pomocą umilały te ciężkie chwile. Życzę tym słoneczkom, żeby nabrały doświadczenia i znalazły bardziej odpowiednie do ich stopnia poświęcenia miejsce pracy - szkoda ich na Orłowskiego. |
![]() |
|
| Narzędzia recenzji | |
| Wygląd | |
|
|