|
|||||||
| Komunikaty |
![]() |
|
|
LinkBack | Narzędzia recenzji | Wygląd |
|
Dodane przez
marcy
w dniu
01-10-09, 13:17
|
||||||||||||||||||||||
|
zalety... cóż- chyba tylko to, że nie odsyłają rodzących z kwitkiem
wady- oj tu więcej!!! zero zainteresowania młodymi mamami, koszmarne warunki na salach i w toaletach, wyrzucanie pacjentek z dziećmi na drugą dobę po porodzie!!!!! 5 za opiekę lekarską, to właściwie dla 1 lekarza, który badał mnie zarówno na patologii, jak i na porodówce, za rzeczowość. Trafiłam na Inflancką z powodu braku miejsc na patologi na Madalińskiego. W 39tc z nadciśnieniem ciążowym. Uznali, że muszę urodzić w terminie i tyle. Był 16.09, termin planowo 19.09. Warunki nazwijmy to lokalowe zerowe (tak przynajmniej myślałam, nie sądziłam, że może być gorzej...) sale nawet 6. osobowe, brudne jakby tam kto ogniska palił. Ale tam przynajmniej coś robili- zbadali mnie, podali leki na obniżenie ciśnienia, miałam zrobione USG i 2 razy dziennie KTG. Drugiego dnia miałam test oksytocynowy, ale niestety bez rezultatu. Miał być powtórzony za 2 dni (podobno musi być dzień przerwy) W międzyczasie przerzucono nas na drugą stronę holu na oddział ginekologii, pomiędzy staruszki z usuwanymi lub podszywanymi macicami... Dlaczego? Bo stwierdzili, że wyczyszczą sobie salę! Z powodu natłoku na porodowym drugiej próby wywoływania nie było, żeby nie zacieśniać. Czekałam więc nie wiadomo na co płacząc po kątach za zostawioną w domu 3 letnią córeczką. W końcu zaczęło się samo. Skurcze miałam co prawda jak to nazwał p. doktor "miętowe" ale podłączono mnie pod KTG i zbadano. Okazało się, że jednak coś się dzieje.Kazano już zadzwonić po męża i wywieźli mnie na blok porodowy. Wybrałam blok A, ze względu na wadę kręgosłupa uniemożliwiającą wkłucie ze znieczuleniem- miałam siedzieć w wannie. Nic z tego!!! Położna zaglądała do mnie bardzo rzadko i dopóki nie dotarł mój mąż, byłam zdana na siebie. Kiedy już przyjechał i tak nie mogliśmy skorzystać z wanny, bo do tego potrzebna jest na miejscu położna, a tej brak!!! Dopiero kiedy zaczęły się bóle parte była przy nas, ale wtedy wanna już nie jest potrzebna ;) Miałam się nie dać położyć i mieli mnie nie nacinać (tak zastrzegłam położnej) ale cóż z tego, kiedy mała owinięta była pępowiną? Jak się słyszy coś takiego, natychmiast przestaje się protestować- położyli mnie na łóżku i ciachnęli. Ponoć niedużo, ale dla mnie te 4-5cm, to cały kawał. Lekarza, który mnie zszywał najchętniej bym zwymyślała- narobił mi jakichś baloników i pętelek, że niech go szlag!!! Strasznie mnie "pościubiał", a delikatność- 0! No i teraz dopiero się zaczęło. Po 2 godz. wynocha z opłaconej sali!!! Ponieważ mocno krwawiłam załapałam się na 3 godz. gratis ;) potem sio! Ale gdzie? Miejsc na poporodowym brak, więc wysłali nas na ginekologię jednego dnia-możecie sobie wyobrazić jakie tam były warunki- salki tak maleńkie, że wózki z dzieciaczkami się obijały, po 4 na sali, duszno, brudno- była niedziela, więc nikt nie przyszedł posprzątać. W toalecie było jak na dworcu!!! wszędzie plamy z krwi i zużyte podpaski. Pościel na łóżkach oczywiście nie zmieniana, więc jak ktoś nie miał własnego podkładu, to spał w krwi! NIC nie było!!! Urodziłam w nocy z soboty na niedzielę, a w poniedziałek p. dyrektor wypisał nas do domu. Badanie dzieci było tylko w przelocie i w powietrzu, bo pediatra nawet nie miał się jak poruszać. W niedzielę była jedna położna, która nawet zaglądała, ale niewiele można się było dowiedzieć, bo miała nas za dużo, wszystkie tuż po porodzie. W poniedziałek mieli nas zabrać na górę na poporodowy, ale po obchodzie okazało się, że już nie warto. Czekałyśmy więc na wypisy w towarzystwie pań, które przyszły na zabieg i które nota- bene wylądowały na korytarzu. Kazano nam zamykać drzwi, więc lało się z nas- tak było duszno. Ogólnie masakra. Cóż więc powiedzieć- mam to już za sobą i jestem szczęśliwa, ale gdybym miała wybierać, nie zdecydowałabym się na Inflancką. |
|||||||||||||||||||||
|
Ostatnio edytowane przez marcy : 01-10-09 o 13:19.
|
||||||||||||||||||||||
|
Dodane przez
Catalabama
w dniu
21-11-09, 05:34
|
||||||||||||||||||||||
|
Chyba dużo od oceny pielęgniarek i lekarzy zależy na kogo się trafi po prostu.
Na warunki trafilam opłakane - remont szpitala akurat był. Ja rodziłam a za oknem chodzili Panowie na rusztowaniach, okna pootwierane, rolety do połowy pozasłaniane, z bólami krzyżowymi i skurczami na zmianę co kilka minut próbowałam zasłonić je mocniej by mieć jakąkolwiek intymność. Położna przychodziła sprawdzać ktg co i raz, tak to żadnego zainteresowania niestety i pomocy. Pani Doktor za drugim obchodem zadecydowała o cc i dalej potoczyło się szybko, po 20min Mała już była na świecie (dokładnie o 10h15). I później już coraz gorzej. Z sali po CC wyszłam jak ledwo co mi nogi odtajały po znieczuleniu bo taki nawał rodzących był po prostu i kilka cesarskich i taka robota taśmowa. Doczłapałam się do łóżka na sali 4'ro osobowej. Na szczęście Panie od Dzieci Młodą zajmowały się super i przyniosły mi ją następnego dnia rano. I na nie nie powiem bynajmniej JA złego słowa. Odpowiadały na różniaste pytania, gdy widziałam, że jeszcze mam problemy z pokarmem, bez problemu dały Małej mleczko i każda mama, która o to prosiła otrzymywała je bez żadnych problemów i kazań. Panie Pielęgniarki to już zależy od zmiany po prostu, jedne sympatyczne miłe, inne troszkę mniej jednak i czasami potrafiły odpowiedzieć tak, że lepiej było siedzieć cicho... Sale no cóż... Jestem niską osobą dostałam wysokie dość łóżko, bez możliwości opuszczenia, ciężko było mi siadać np z Małą na rękach i z bolącą jeszcze raną. Jedna z sali wychodziła, inna od razu na jej miejsce. Gorąco niesamowicie było (lipiec). Do tego Ci panowie na tych rusztowaniach. Co do Pani od Laktacji, faktem odpowiadała i pomagała dużo, jednakże złapać ją było ciężko, zwłaszcza, że ze szpitala wychodzi się czasami następnego dnia po zwykłym porodzie (!!) można na nią w ogóle nie trafić Co do jedzenia hmm do wyjścia byłam na diecie (przez cc) i tego się Panie trzymały, ale widziałam, co jadły Mamusie po zwykłych porodach to praktycznie wszystko. |
|||||||||||||||||||||
|
Dodane przez
ms75
w dniu
08-02-10, 16:08
|
||||||||||||||||||||||
|
wrzesień '09 rodziłam SN.
pobyt przed miałam na patologii , po odejściu wód na prywatnej porodowej po porodzie sala wspólna rejestracja- za długo trwają wszelkie formalności, brak informacji dla osoby towarzyszącej o tym co się odbywa. Za drzwiami zniknęłam na 2H i nikt nie poinformował partnera czekającego za drzwiami co się dzieje. Patologia- sale wieloosobowe, z racji skurczy nie spałam całą noc, rano przeniesiona na porodowy. Sale dość "stare" ale czyste Sala porodowa prywatna- bardzo przyjemna, warto ponieść dodatkową opłatę. Jest wanna, worek sako, piłka. Łóżko ze zmiennymi pozycjami, fotele i stolik. Partner /lub inna osoba towarzysząca może cały czas przebywać w pokoju. Położna, która opiekowała się mną bardzo miła Poród w sali lekarzy- położna (2 ga zmiana) konkretna i rzeczowa. Krótko i na temat. Wielki plus za możliwość rodzenia w dowolnej pozycji (można na kolanach, leżąc, lub na boku) Oczywiście osoba towarzysząca jak najbardziej ma możliwość obserwacji porodu (to bardzo pomaga, obecność bliskiej osoby). Po porodzie dziecko ląduje na brzuchu mamy a mama jeśłi potrzeba jest zszywana (prawie bezboleśnie) Z dzieckiem na 2 h powrót do sali prywatnej. Kroplówka nawadniająca. Po 2 h przeniesienie do sali ogólnej poporodowej. Trafiłam do sali 6-osobowej z podziałem na dwa pomieszczenia (4+2) część 4 osobowa ciasna zwłaszcza gdy przy łóżkach są noworodki część 2 osobowa - luksus (tam trafiłam) dużo miejsca przestronnie Opieka poporodowa Ginekolodzy- najchętniej od razu wypisali by do domu hmm Pediatrzy- najchętniej zatrzymali by i matkę i dziecko przez tydzień obie"drużyny" nie zawsze dogadują się przez co mogą być nieporozumienia (głównie podczas wypisów) ale jeśłi chodzi o diagnozę czy opiekę wszystko na medal. Polecam p Małgosię (nie pamiętam nazwiska) od Laktacji- kobieta cudo, przy niej każda zacznie karmić :) Stan sanitarny- wc i natryski czyste, w pokojach też co rano sprzątane. Minus wielki- brak miejsca gdzie można by z odwiedzającym usiąść, tak jak jest to możliwe na patologii. |
|||||||||||||||||||||
|
Dodane przez
piter_25
w dniu
24-07-10, 14:24
|
||||||||||||||||||||||
|
Byłem z żoną wczoraj 23 lipca 2010 r. na nowym oddziale szpitala, na nowej izbie przyjęć i byłem świadkiem rejestracji pacjentki, której odeszły wody.
Zgadzam się, że nadal za długo trwają wszelkie formalności, brak informacji dla osoby towarzyszącej o tym co się odbywa. Biedny tata stał i wpatrywał się w recepcjonistkę, która wypełniała papierki, żona została podłączona do KTG, ale przyszły ojciec nie dostał żadnej informacji co ma robić, nie został wpuszczony, aby chociaż żonę za rękę potrzymać, czy po prostu przy niej być, żeby nie czuła się sama. Piguła kazała zamknąć drzwi izby przyjęć, żeby się nikt jej nie patrzył na ręce. Po jakimś czasie kazała chłopakowi wziąć torbę i iść na około to go wpuści na oddział, zamiast pozwolić mu wejść razem z żoną. Kazała mu przepakować torbę, bo miał dużą turystyczną walizkę, a ona powiedziała, że na salę porodową takiej dużej torby brać nie można. Dziewczyny, jeden wniosek, spakujcie potrzebne rzeczy w małą torbę tj. ubranko dla dziecka po porodzie i ze 2 pieluszki, a resztę pampersów, ciuchów itd w oddzielną walizkę. Apel do dyrektora szpitala - pacjentowi i jego rodzinie powinno się udzielić informacji, co się aktualnie dzieje i co będzie się dziać za chwilę i ile to może potrwać, to pozwoli uniknąć nerwów związanych z niepewnością. |
|||||||||||||||||||||
|
Dodane przez
emaran
w dniu
26-07-10, 14:09
|
||||||||||||||||||||||
|
Rodziłam na Inflanckiej w ubiegłym roku. W związku z tym,że trafiłam na izbę przyjęć z 8cm, to poród potoczył się bardzo szybko. Rodziłam na dole, bo na górze akurat miejsc nie było,więc za darmo trafiła mi się sala, za którą normalnie trzeba płacić. Położne na dole bardzo miłe, lekarze również. Nie popędzały, miło odnosiły się do męża. Pediatra również ok, taka w okularach, nazwisko zaczyna się na A. -teraz wyleciało mi z głowy.
Potem trafiłam do kilkuosobowej sali z dzieckiem. Tam pediatrzy ok, ale niektóre położne niestety,chyba minęły się z powołaniem. Często niemiłe, opryskliwe. Dziecko podczas kąpieli nasiusiało na materacyk w tym akwarium ,co wozi się maluszki, to jedna z położnych: Niech pani uważa,jak dziecko sika! Kurcze, to chyba normalne,że sika, a że akurat mama nie zdążyła podłożyć pieluszki... Do innej dziewczyny natomiast przyczepiały się, bo nie potrafiła pobrać moczu od synka. Ta dziewczyna za 4 próbą pobrania ,to po prostu płakała. Wcześniej miałam okazję leżeć tam na patologii ciąży. Najbardziej miłe to były salowe, szczególnie taka młoda, z szarymi farbowanymi włosami. A z położnych to fajna była p. Kasia. Lekarze również spoko, ale i tak najważniejsze decyzje podejmuje ordynator. Dr Zamojska bardzo sympatyczna. Stan łazienek pozostawiał wiele do życzenia. Grzyb na suficie, więc pod prysznicem lepiej w górę nie patrzeć. Ale oczywiscie łazienki i sale były sprzątane regularnie. |
|||||||||||||||||||||
|
Dodane przez
Pinkyone
w dniu
07-08-10, 11:21
|
||||||||||||||||||||||
|
Minely juz 2 lata i 2 miesiace od narodzin mojej coreczki (ur. w 2008 r.). Czas leczy rany, a jednak wspomnienie porodu na Inflanckiej w Warszawie nadal budzi we mnie zywe, negatywne emocje. W szpitalnej gablotce znajduje sie informacja o uczestnictwie w akcji 'Rodzic po ludzku', dlatego chce opisac jak to szumne 'po ludzku' wyglada w wersji 'po Infalncku' czyli cos z perspektywy rodzacej.
W szpitalu znalazlam sie tydzien przed porodem, juz po tzw. terminie z powodu nadcisnienia. Zaczne od takiej drobnostki jak wenflon. Oczywiscie bez paniki w tym temacie, ale kazdy przyzna, ze zakladanie jego nie jest przyjemne. W celu roznych zabiegow zakladano mi go, potem zdejmowano, potem tego samego dnia znow zakladano, potem zostawiano i nosilam go np. przez 3 dni niepotrzebnie, cackajac sie z nim przy kazdej czynnosci, typu mycie i ubieranie. Tu oczywiscie pretensji nie wnosze, bo rozumiem, ze w natloku spraw i pacjentow tego tematu nie da sie ogarnac. Jednak w rezultacie jeszcze przed porodem wiekszosc wygodnych do wklucia sie miejsc byla juz, ze tak powiem 'zuzyta'. Chcialam rodzic z mezem, wiec oplacilismy (koszt: 500 zl) porod rodzinny w prywatnej salce. Trafilam na nia z moim trzydniowym wenflonem. Polozna chciala podlaczyc do niego oksytocyne. Wyrazilam watpliwosc, czy po tylu dniach bedzie jeszcze drozny. Pewna siebie powiedziala: bedzie, bedzie (czytaj: co Ty pacjentko/babo wiesz o mojej robocie). Po chwili okazalo sie, ze nie dziala i trzeba zalozyc nowy. Po minie poloznej zobaczylam, ze nie lubi tego robic lub prawdopodobnie, nie jest to jej mocna strona. Dostalam reprymende, za stan moich poklutych rak i zaczela sie wkluwac w zyly, znajdujace sie na wierzchu moich dloni. Robila to nieudolnie kilkakrotnie, w rezultacie szybko tez staly sie 'zuzyte', wiec probowala ponownie w swiezo ponakluwanych miejscach, no... szczerze mowiac to juz dosc bolalo, ale staralam sie zachowac twarz i nie dac tego po sobie poznac. W koncu wezwala kogos na pomoc i ufff... udalo sie. Szlo mi dosc wolno, mimo przyspieszania procesu oksytocyna czas trwania pierwszego okresu porodu wyniosl 9,5 godz. Na szczescie otrzymywalam w tym czasie znieczulenie zewnatrzoponowe od bardzo milego doktora, ktory zachowywal sie w mojej opinii wzorowo, tzn. np. tlumaczyl co bedzie robil i jak mamy wspolpracowac. Wreszcie nadszedl czas drugiego okresu porodu, dla niewtajemniczonych, etapu kiedy mozna zaczac przec. Od tego momentu zaprzestaje sie podawania znieczulenia zewnatrzoponowego. Zbieglo sie to ze zmiana poloznych, o czym nie zostalam poinformowana. Poprzednia Pani nie raczyla powiedziec jednego zdania, ze konczy prace i przejmnie mnie inna polozna, czyli jak dla mnie troche nie 'po ludzku' - znowu drobiazg. Nowa polozna zaczela energicznie. Wyprosila mnie z mojej prywatnej salki. Mezowi kazala zostac na korytarzu (porod rodzinny?) i powiedziala, ze zawolamy go na koniec. Powinnismy wowczas zaprotestowac, ale w obliczu jej pewnosci siebie i naszej niepewnosci w tej sytuacji oboje nie zrobilismy nic. Zabrala mnie do pomieszczenia (z mojej perspektywy) wielofunkcyjnego. Znajdowaly sie w nim 2 komputery, dlugi rzad szafek - cos a la kuchenny zestaw, lodowka i fotel ginekologiczny. Dokonalysmy kilku prob parcia, poki mialam jeszcze skurcze parte. Potem przestalam je miec. Polozna kazala sie poinformowac, gdy zaczne znow je odczuwac. Pozwolono wejsc mojemu mezowi i wyznaczono mu miejsce....na lodowce, a polozna udala sie do komputera. Z relacji meza wiem, ze przekladala tam jakies karty, nie mylic z kartami pacjentow - pasjansik ja pochlonal. Niestety zamiast skurczy zaczelam odczuwac (przepraszam za fizjologie) potrzebe wymiotowania. Moj maz postaral sie o jakis pojemniczek, ktory znalazl w 'kuchennych' szafkach (na marginesie: ha! - jednak wszystkie obiekty w pomieszczeniu byly potrzebne, lodowka dla meza, komputery dla poloznej, dla mnie fotel ginekologiczny i te szafki - musialam je niestety dzielic z osobami postronnymi, ktore co jakis czas sie pojawialy i w 'moich' szafkach grzebaly). Na tym etapie bylam juz doslownie polprzytomna z bolu. Caly czas stalam i nie mialam sie o co oprzec. Miedzy falami bolu, udalo mi sie to zakomunikowac mezowi, ktory zaczal organizowac jakies miejsce. Padlo na fotel ginekologiczny, ktory nalezalo odpowiednio do tego celu przystosowac, pochowac jakies wystajace elementy i tu musze oddac honor poloznej: instuowala meza jak ma to zrobic (nie wstajac znad komutera). Minely kolejne 2 godziny, maz mi asystowal w bolach i wymiotowaniu, a polozna siedziala przy komputerze. Ten etap porodu moze trwac podobno tylko 2 godziny, wiec polozna udala sie po lekarza. Doktor byl dosc konkretny, stwierdzil, ze dziecko jest zle ulozone i nie ma mozliwosci urodzenia go naturalnie. Zaproponowal cesarke i zniknal. (Nie rozumiem, czemu lekarz nie mogl obejrzec mnie wczesniej?) Tu pojawila sie kolejna postac: mloda szczupla lekarka z krotka ciemna fryzurka. Miala zajac sie papierkowa robota, czyli formalnosciami zwiazanymi z cesarskim cieciem. W miedzyczasie snula do mnie, jakies bzdurne teorie, ze mam za duze dziecko, bo pewnie jadlam w ciazy witaminy. Dodam, ze witamin nie jadlam, a dziecko bylo normalnych rozmiarow, ale wtedy juz praktycznie nie moglam mowic z bolu. Cos tam powypelniala w druczkach (strasznie mi sie to dluzylo) poproszono mnie o podpis. Zlozylam go, ale okazalo sie, ze to byla karta innej pacjentki. Wypelnianie zaczelo sie od nowa, a na koniec dostalam jeszcze reprymende za nieczytelny podpis (pewnie trzeba sie bylo podpisac 'po ludzku', a nie jakies tam bazgroly rodzacej). W efekcie na sali operacyjnej zlalazlam sie po kolejnych 45 minutach. Corka miala juz sine wszystkie konczyny, ale poza tym wszystko bylo w porzadku i oczywiscie jestem wdzieczna blokowi operacyjnemu za dobra robote. Na sali pooperacyjnej przyszlo mi spedzic noc. Pani, ktora tam pracowala, byla naprawde wspaniala i miala serce do tej roboty. Potem moje dzieciatko mialo zoltaczke i spedzilam kolejny tydzien w tym szpitalu, spotykajac, tych po ciemnej i jasnej stronie mocy, ale to juz inna historia... Kamila P. |
|||||||||||||||||||||
|
Dodane przez
Snakr
w dniu
06-06-11, 13:55
|
||||||||||||||||||||||
|
Zalety:
- możliwość znieczulenia za darmo - wspaniałe nowo wyremontowane sale porodowe Wady: - Przede wszystkim błędy lekarskie o czym poniżej!!! - Brak odpowiedzi szpitala na doniesienia o popełnionych błędach - Słaba opieka pielęgniarska (jeśli nie płacicie dodatkowo) - Przepełnione sale poporodowe Ponieważ jest to mój pierwszy wpis nie mogę zamieszczać linków do stron. Przekopiuję zatem kawałek tekstu mojego bloga. Jeśli wpiszecie w googla snakr to znajdziecie tekst oryginalny. (...) Moje pismo do szpitala z prośbą o wyjaśnienie całej sytuacji pozostało bez odpowiedzi. Bo co szpital miał odpowiedzieć? Szpital nigdy oficjalnie nie przyzna się do żadnych błędów ani zaniedbań. Dla szpitala jesteśmy tylko numerem. Dokumentację przygotowuje się maszynowo maskując błędy – tak odczytuję brak informacji o masażu serca i o prawdziwym przebiegu porodu. Niepojęte jest dla mnie, że wypuszczono moją Żonę bez zdjęcia szwów. Że podjęto decyzję o porodzie naturalnym, który w naszym przypadku od początku groził i matce i dziecku śmiercią. Że pozwolono sobie na uwagi, że to nasza wina, że dziecko się dusi, bo wzięliśmy znieczulenie. Nie rozumiem braku odpowiedzi szpitala. Jeśli szpital nie ma niczego na sumieniu, to nie powinien mieć niczego do ukrycia. A jeśli nawet ma – niekoniecznie pałamy chęcią zemsty i ugrania odszkodowania. Chcemy po prostu wiedzieć, co się stało. Im jestem bogatszy w doświadczenia ze „służbą” zdrowia tym mniej mam do niej szacunku. Bo na szacunek trzeba zasłużyć. (...) Pozdrawiam Snakr |
|||||||||||||||||||||
|
Dodane przez
Marika73
w dniu
16-07-11, 01:52
|
||||||||||||||||||||||
|
Zalety - bardzo miła lekarz pediatra i zespół opiekujący się noworodkami
Minusy - bardzo wiele Rodziłam na Inflanckiej w październiku 2009 r. Wybrałam ten szpital, gdyż słyszałam o nim wiele pozytywnych opinii. Niestety albo miałam wyjątkowego pecha, albo wcale nie jest tam tak wspaniale. Personel na Izbie Przyjęć bardzo nieprzyjemny i opryskliwy. Mój poród miał bardzo błyskawiczny przebieg. Gdy zgłosiłam się do szpitala ok 1,5 godz. po odejściu wód, miałam już silne skurcze co 2 minuty. Niestety na Izbie Przyjęć nie powiedziano mi, że mam już prawie pełne rozwarcie. Wzięłam salę do porodów rodzinnych (600 zł), ale w zasadzie zdążyłam tam tylko postawić torbę ze swoimi rzeczami i już zabrano mnie do innego pokoju, bo okazało się, że mam już bóle parte. To bez sensu, że nie rodzi się w sali, którą się opłaciło, tylko trzeba iść do pokoju położnych, gdzie warunki są delikatnie mówiąc mało komfortowe – stoją tam komputery i inne sprzęty, kręci się mnóstwo ludzi. Męża w ogóle nie wpuszczono, cały czas czekał na korytarzu. Kazano mi się położyć i w tej pozycji przestałam zupełnie odczuwać bóle parte. Myślę, że gdyby pozwolono mi jeszcze pochodzić akcja porodowa potoczyłaby się inaczej. Przy porodzie lekarze byli w porządku, zwłaszcza jeden Pan Doktor, którego nazwiska niestety nie pamiętam. Poród miał dramatyczny przebieg, chcieli mnie zabrać na cc, ale ostatecznie dziecko wydobyto za pomocą próżnociągu. Niestety byłam mocno rozcięta i porozrywana. Po porodzie było jeszcze gorzej, najpierw bardzo niemiła młoda lekarka o blond włosach zszywała mnie prawie godzinę, bezczelnie komentując to, że w ogóle wydaję z siebie jakieś dźwięki, tak jakby szycie i wypalanie było przyjemnością, a nie strasznym bólem. Po porodzie macica nie chciała mi się obkurczać, więc podano mi jakiś lek domięśniowy i nikomu nie przyszło do głowy, aby sprawdzić dlaczego macica się nie obkurcza. Leżałam w szpitalu tydzień, bo synek miał żółtaczkę. Ból i uczucie potwornego ciążenia w dole brzucha z każdym dniem zamiast lżeć, nasilał się. Zgłaszałam to kilkakrotnie w czasie obchodów, ale było to totalnie lekceważone. Powtarzano mi, że to normalne i minie. Po tygodniu wyszłam do domu, gdzie na drugi dzień już w zasadzie nie byłam w stanie podnieść się z łóżka - ból był tak silny. Zaczęłam też mocno krwawić. Mąż zawiózł mnie do szpitala, bo czułam, że coś jest nie tak. Czekałam ponad 4 godziny w kolejce na izbie przyjęć zwijając się z bólu i silnie krwawiąc! Gdy wreszcie nadeszła moja kolej, weszłam do gabinetu i powiedziałam dyżurnej lekarz - A. FALKOWSKIEJ , że mam silne bóle i krwotok, a ta WYRZUCIŁA MNIE ZA DRZWI twierdząc, że z takimi objawami powinnam zgłosić się do przychodni, a nie zawracać głowę na izbie przyjęć, bo "tu się pracuje". I to ma być szpital przyjazny mamom. Śmiechu warte! Dzięki Bogu, akurat chwilowo nikogo więcej nie było na izbie przyjęć, więc p. Falkowska z wielka łaską i dalszymi głupimi komentarzami mnie przyjęła. Zrobiła mi usg i wtedy przestała kąsać swoimi złośliwościami. Okazało się, że zostawili mi kawałek łożyska!!! Szkoda, że nie raczyła mnie przeprosić za swoją ignorancję i chamskie potraktowanie, ale natychmiast przyjęła mnie na oddział. Uprosiłam lekarza, żeby zrobili mi łyżeczkowanie jeszcze w nocy, a nie czekali do rana, bo taki mieli plan. Bałam się, że w końcu przypłacę to życiem. W końcu miałam w sobie gnijący kawałek łożyska od 10 dni! Dlaczego przez 7 dni mojego pobytu w szpitalu nikt się nie zorientował, że coś jest nie w porządku, dlaczego lekceważono moje skargi na silne bóle, dlaczego nikogo nie zastanowiło czemu macica po porodzie się nie obkurczała? To wszystko jest tak bulwersujące, że nawet po prawie dwóch latach nie jestem w stanie spokojnie o tym myśleć. Nie karmiłam dziecka piersią, bo nie miałam pokarmu. Jak się dowiedziałam w poradni laktacyjnej powodem mogło być właśnie to pozostawione łożysko, które produkowało hormon wstrzymujący laktację. Sama wybrałam ten szpital i bardzo tego żałuję. Przez niekompetencję lekarzy omal nie przypłaciłam życiem tego porodu. W obliczu tych problemów fatalne warunki panujące na sali poporodowej oraz to, że Panie z administracji zapomniały przesłać dokumenty dziecka do urzędu stanu cywilnego to już mało istotny szczegół. I jeszcze jedno zdarzenie, które mnie ścięło z nóg – po nocnym łyżeczkowaniu zostałam rano wypisana do domu. Wcześniej 2 razy poroniłam ciążę i miałam już łyżeczkowanie, więc wiedziałam, że powinnam mieć przepisany antybiotyk. Młody lekarz będący na dyżurze nic na ten temat nie wspomniał, więc spytałam go czy po 10 dniach z kawałkiem łożyska w macicy nie powinnam dostać antybiotyku, a on na to: „A wie Pani, to dobry pomysł, zaraz go Pani wypiszę”. Załamka, gdyby to nie było straszne, to może by było śmieszne. Pochwała należy się pani pediatrze oraz całemu zespołowi opiekującemu się noworodkami. Naprawdę przemiłe panie, oddane swojej pracy, tutaj złego słowa nie mogę powiedzieć. |
|||||||||||||||||||||
|
Dodane przez
ryba-odradza
w dniu
01-11-11, 21:16
|
||||||||||||||||||||||
|
Zalety:
- mieliśmy blisko - szkoła rodzenia - poród w nowej sali, wanna, prysznic Wady: - opieka poporodowa - ciasno i duszno na poporodówce Sam poród w porządku. Natomiast po porodzie "Bangladesz". Pani Anna Koszutska dokarmiała dziecko z butelki, mino że na to nie wyrażalismy zgody, był pokarm, ale płakał, a pani Anna Koszutska wiedziała lepiej. Wiedziała też lepiej, jak trzymać dziecko, jedną ręką, bo w drugiej miała słuchawkę telefoniczną. Trzykrotnie nalegałem by odłożyła dziecko - bez skutku, rozmowę dokończyła. Gdy poprosiłem o imię i nazwisko, było jeszcze "lepiej". Podała, ale po chwili przyszła pani lekarz pediatra, Iwona Matyjek, i zrobiła awanturę, jaka to matka jest nieodpowiedzialna że nie dokarmia dziecka, że myśli że sama wykarmi noworodka i że zaraz zrobi (kolejny) glukotest i podłączy pod kroplówkę. Pani od laktacji problemów z karmieniem nie widziała, pokarm był. Drugi to już poród na Inflanckiej, wtedy też było kiepsko, ale dlatego że mieliśmy problem z karmieniem (cesarka) i wtedy nikt nam nie był w stanie dobrze doradzić. Teraz zamiast zostawić nas w spokoju, to zabierają dziecko mimo wyraźnego braku zgody, straszą kroplówką i uprzykrzają pobyt. Jest też duszno i ciasno, ale co tam wygoda, jak cię traktują w ten sposób, łamiąc przy okazji zasady, które same ustalają. Nie liczy się wystrój, lecz atmosfera, którą tworzą ludzie. |
|||||||||||||||||||||
![]() |
|
| Narzędzia recenzji | |
| Wygląd | |
|
|