Minister pracy Jolanta Fedak zachwala rządowy pomysł ułatwień w zakładaniu prywatnych żłobków. Przed dwoma laty rząd wprowadził podobne ułatwienia w zakładaniu przedszkoli. Oto historia osoby, która na własnej skórze przekonała się, co to znaczy otworzyć prywatne przedszkole i użerać się z biurokracją
- Dlaczego ojcowie nie chcą opiekować się dziećmi?
Aby otworzyć punkt przedszkolny, nie trzeba spełniać rygorystycznych przepisów pożarowych ani rejestrować się w urzędzie gminy, jak to było jeszcze przed dwoma laty. Wystarczy założyć działalność gospodarczą i mieć lokal na parterze.
Ewelina z Warszawy otworzyła punkt przedszkolny, który później zmieniła w pełnowymiarowe przedszkole. Dlaczego? Bo jej zdaniem punkt przedszkolny ma dużo ograniczeń: niewielka liczba dzieci, brak gminnych dotacji. Poza tym rodzice wolą posłać dziecko do przedszkola a nie miniplacówki. Dociekliwe mamy dyskutują na forach internetowych. A tam punkty przedszkolne przedstawia się (często niesprawiedliwie) jako przechowalnie dzieci. Dlatego wbrew szumnym zapowiedziom Ministerstwa Edukacji nie nastąpił wysyp punktów przedszkolnych. W Krakowie powstało 14 placówek, ale w Gdańsku zaledwie 6. Program miniprzedszkoli nie stał się lekarstwem na brak publicznych placówek. Czy podobnie będzie z miniżłobkami?
Ewelina: Gdybym wiedziała, na co się porywam...
Już na studiach marzyłam o przedszkolu. Przez kilka lat pracowałam w placówkach prywatnych. Dwa lata temu postanowiłam otworzyć własne przedszkole. Przez kilka tygodni szukaliśmy z mężem domku z ogródkiem. Znalazłam odpowiednie miejsce i podpisałam umowę. Po lekturze przepisów założyłam, że formalności zajmą dwa, góra trzy miesiące. W tym czasie mieliśmy zrobić remont i dostosować budynek. Ale zanim wzięliśmy się za zrywanie podłóg, musieliśmy czekać. Najpierw czekaliśmy na pozwolenie na budowę. Okazało się, że niepotrzebnie, ale w błąd wprowadził nas architekt. W Nadzorze Budowlanym usłyszeliśmy, że potrzebujemy innego pozwolenia, na przebudowę - czekaliśmy na nie dwa miesiące.
Wcześniej sprawdzaliśmy w urzędzie gminy, czy możemy otworzyć w tym miejscu przedszkole. Usłyszeliśmy, że tak, że jest to zgodne z planem zagospodarowania przestrzennego. Za projekt architektoniczny zapłaciliśmy z góry (11 tys. zł). Złożyliśmy go do urzędu, podpisaliśmy umowę z wykonawcami i czekaliśmy na pozwolenie.
Po 30 dniach zadzwonili do mnie, że jest jakiś przepis, według którego nie mogę tam otworzyć przedszkola (wtedy pomyślałam, że z moich marzeń nici). Poszliśmy do prawnika. Stwierdził, że przepis można różnie interpretować, i wystawił nam opinię (1500 po znajomości), że jednak możemy tam otworzyć przedszkole.
Wtedy znów złożyliśmy wniosek (ale już z opinią prawną) i czekaliśmy kolejne 1,5 miesiąca na decyzję.
Zgodę musieli wyrazić też sąsiedzi. Aby przyspieszyć sprawę, zebraliśmy podpisy sąsiadów, że zgadzają się na przedszkole. Okazało się, że to urząd musi im wysłać pismo, na które oni muszą odpowiedzieć, a te zebrane przez nas zgody to możemy wsadzić sobie gdzieś. Minęły kolejne trzy tygodnie.
Potem nam został sanepid i straż pożarna. Okazało się, że drzwi mamy o szerokości 80 cm, a powinny być metrowe. Więc je poszerzaliśmy. Musieliśmy kupić drzwi przeciwpożarowe o odporności ogniowej 60 minut (1200 zł) i wybudować dodatkową ścianę, aby wytrzymała 120 minut pożaru. Na sanepid poszły cztery tygodnie. Woziliśmy wodę do badania. Nie mieszkaliśmy tam, więc musieliśmy jechać wcześniej i spuszczać wodę z rur, żeby nie było zanieczyszczeń. Ale cztery razy coś było nie tak. A na wyniki czeka się tydzień.....
Czytaj całość
TUTAJ