Dla mnie też koszmar
Uparłam sie na szpital wałbrzyski, bo naczytałam sie kilku opinii o podawanym znieczuleniu, o przyjemnym personelu i dobrej opiece dla noworodka. Przyjechałam do szpitala po terminie, od razu skierowali mnie na oddział patologii i tam przeleżałam pięć dni do momentu aż dostałam skurczy. Miałam pecha, bo trafiłam tego dnia na najmniej miłe pielęgniarki. Zgłosiłam o swoich skurczach jednej z nich, ale ona stwierdziła, że jak będą częstsze np. co 10 min wtedy mam sie zgłosić i tak też zrobiłam po kilku godzinach. Jednak idąc drugi raz do dyżurki (była godzina 23) i mówiąc o skurczach kazano mi przyjść jak będę mieć, co 4 min. więc wróciłam na salę skręcając sie z bólu i nie mogąc o oczywiście zmrużyć oka. Godzinę później znów poszłam do dyżurki, zapukałam do zamkniętych drzwi i chyba obudziłam jedną z pielęgniarek bo z pretensją spytała sie mnie - "A po co już chcesz iść na porodówkę?". Nie skomentowałam tego, ale pomyślałam w duchu - "Co za babsko!". Lekarz pojawił sie dość szybko, zbadał mnie, stwierdził rozwarcie na 4cm i poczułam ulgę gdy powiedział - "Na porodówkę". Zrobiono mi lewatywę i wróciłam na sale - musiałam czekać aż przyjdzie po mnie pielęgniarka i mnie tam zaprowadzi. Przyszła godzinę później z pretensją, że sie nie spakowałam (nie wiedziałam, że muszę brać tam wszystkie rzeczy). Miałam wielką torbę i kilka reklamówek. Myślałam, że pomoże mi je zanieść, ale sie myliłam, ledwo co doszłam na porodówkę ze skurczami dźwigając to wszystko. Tam dostałam zastrzyk przeciwbólowy - dolargan (była godzina 1.00 ) i zaczęły sie straszne bóle o 8 rano błagałam, żeby zrobili mi cesarkę, męczyłam się strasznie. O godz 11.40 urodziłam. Następnego dnia leżąc już na położniczym zobaczyłam, że zakładają mojemu synkowi wenflon i wstrzykują mu coś, gdy spytałam się pielęgniarki, czemu syn dostaje antybiotyk ona stwierdziła, że to nic groźnego, dopiero dwa dni później gdy zjawił sie pediatra powiedział po chamsku, że zaraziłam syna bakteriami przez stan zapalny jaki miałam. Zaskoczyło mnie to, bo w czasie ciąży miałam robione badania i wszystko było w porządku, więc coś mi nie pasowało. Dopiero po wyjściu ze szpitala (leżałam tam jeszcze 7 dni) na wypisie przeczytałam, że bakteria była klebsielle pneumonia i twierdzę, że zaraziłam się tą bakterią w szpitalu tym bardziej, że dziecko jednej z dziewczyn leżącej ze mną na sali miało ten sam przypadek. I choć nie mogę narzekać na personel w szpitalu to drugi raz już bym nie rodziła tam...
|