|
Osesek
Zarejestrowany: 19-04-2010
Posty: 2
0 podziękowań w 0 postach
|
mój poród
mój poród:
Nie będę pisać w czasie teraźniejszym, bo to, co tu opiszę wydarzyło sięprawie rok temu.. Moja ciąża przebiegała wyśmienicie bez żadnych komplikacji, bólu, itp. zjawisk. Każdy mi mówił, że będę miała lekki poród, bo mam szerokie bioderka..ale widać każdy się mylił..
04.05.2009 poniedziałek
Skurcze nadeszły mnie od krzyża.. po wizycie w szpitalu zostaję odesłana do domu, bo KTG nie wykazuje zupełnie nic.. nie ważne, że ja się zwijam z bólu ważny jest zapis maszyny…
05.05.2009 wtorek godz. 01:20
Leżąc na łóżku zwijałam się z bólu.. w dalszym ciągu miałam skurcze, ale nie od brzucha tylko od krzyża.. ponoć najgorsze.. ja śmiało mogę powiedzieć, że są straszne, jak by ktoś w plecy wbijał setki noży.. pojechaliśmy do szpitala.. od paru miesięcy wiedziałam, że chcę w nim rodzić, podobał mi się jest odnowiony i nie czuć smrodu szpitala jak się w nim przebywa.. ten szpital to Samodzielny Publiczny Szpital Kliniczny im. prof. Witolda Orłowskiego mieszczący się w Warszawie.. i stało się od tej nocy żałuję, że wybrałam właśnie ten szpital. Trafiłam na Izbę Przyjęć położna podłączyła mnie do KTG, które nie wykrywa skurczów krzyżowych.. po zapisie przyszła do mnie lekarka niestety nie wiem jak się nazywała, ale była bardzo sympatyczna, zbadała mnie i stwierdziła, że skurcze faktycznie są, ale rozwarcie 0cm. Tylko dzięki temu, że termin porodu był na 26.04.2009 roku (tak, więc 8 dni po terminie) zostałam przyjęta do szpitala. I wtedy zaczął się horror..
Zostałam położona na sali dwu osobowej na łóżku porodowym i podłączona do zapisu KTG.. Mąż posiedział ze mną godzinę i pojechał do domku, aby nabrać sił na poród rodzinny, bo o takim właśnie marzyliśmy. Ja zostałam sama. Skurcze nachodziły mnie, co 5, 10 minut i były nie do zniesienia.. Po paru godzinach przywieźli na salę dziewczynę, która przy mnie urodziła piękną dziewczynkę, a ja dalej leżałam i się męczyłam..
08: 00 obchód
Po badaniu ginekologicznym lekarze stwierdzają silne skurcze, ale 0cm rozwarcia.. postanawiają podłączyć mi oksytocynę w celu zaostrzenia i przyśpieszenia skurczy, a zarazem akcji porodowej.. Zostaje założony mi wenflon na prawą dłoń i podłączona strzykawka z tym świństwem.. Przyjeżdża mój skarb, aby wesprzeć mnie w trudnych chwilach.. Co jakiś czas wpada pielęgniarka, która kontroluje podawaną mi oksytocynę. Ja za każdym razem zwijam się z bólu zaciskając dłoń męża.. Skurcze stają się coraz silniejsze i częstsze.. aż są, co 2 minuty, ale pomimo tego testu oksytocynowego lekarze stwierdzają 0 cm rozwarcia.. i uznają test za negatywny.. Lekarze męczą mnie, co 1, 2 godziny sprawdzając czy jest jakiś postęp w porodzie niestety nic się nie rusza.. Na wieczornym obchodzie zjawia się prof. dr hab. n. med. Grzegorz Jakiel (ordynator oddziału ginekologii i położnictwa) , który zauważa, że jest całkowity brak akcji porodowej i ochrzania lekarzy, którzy podłączyli mnie pod oksytocynę. Nakazuje położnym podać mi kroplówki uspokajające i przeciwdziałające oksytocynie oraz podać zastrzyki przeciwbólowe.. Położna wbija mi zastrzyk domięśniowy w pośladek i trafia tuż obok nerwu.. i tu mam dodatkowy ból. Leżę w dalszym ciągu na sali porodowej na niewygodnym stworzonym do rodzenia łóżku, ponieważ na patologii nie ma miejsc. Pielęgniarka, co jakiś czas przychodzi i kontroluje mój stan, aż zauważa, że wenflon, który mam założony jest założony źle i wyjmuje mi go. W końcu zjawia się mój lekarz prowadzący dr Piotr Szachowski (na szczęście tylko ostatnie tygodnie ciąży mi prowadził) z informacją, że z sali porodowej komercyjnej zrobią mi pokój patologii ciąży.. czekam na niego około 4 godzin, ponieważ zdążył się tam odbyć poród rodzinny i matka z dzieckiem musi przeleżeć 2 godziny nim ją przewiozą na salę poporodową. Mąż jest cały czas ze mną gdyby nie on to chyba bym się całkowicie załamała, to on był moją największą podporą w tym horrorze. W końcu przenoszą mnie na salę gdzie oczywiście trafiam na łóżko porodowe.. pokój – sala komercyjna jest o tyle fajna, że znajduje się w niej dodatkowo kanapa i prysznic. Mąż zostaje ze mną jeszcze godzinkę, a ja w tym czasie biorę kojący, gorący prysznic, po czym kładę się na tym nie wygodnym łóżku. Przesypiam około godziny i przenoszę się na kanapę, która jest troszkę krótka, ale wygodniejsza niż tamto łóżko.. Przesypiam godzinkę. Do pokoju wchodzi pielęgniarka informując mnie, że będę miała towarzystwo.. właśnie na Izbę Przyjęć trafiła dziewczyna, która ma ostre skurcze. Jak się okazuje ta kanapa jest rozkładana i już mam znacznie wygodniej. Dziewczyna ta – Renata przechodziła już jedno cesarskie cięcie i boi się, że teraz też to będzie musiała przejść.. i tu się nie myli.. 2 godziny później zabierają ją na salę operacyjną. Ja budzę się, co chwilę i wyję z bólu, ale dopiero rano zagląda do mnie położna (zachowuje się tak jak by przez całą noc nie słyszała moich krzyków) i zaprasza mnie na badanie ginekologiczne..
06.05.2009 środa
Lekarze stwierdzają 2,5 cm rozwarcia i mówią mi, że dziś będę rodzić.. choć ja wiem, że jest coś nie tak to oni nic sobie z tego nie robią.. Przyjeżdża mój mąż i wspiera mnie jak najbardziej może.. cieszymy się, że to ma nastąpić dziś, bo to będzie oznaczało koniec moich męczarni.. Zostaje mi zadane pytanie czy chcę rodzić na sali zwykłej czy komercyjnej, bo już chcą mnie przenosić.. Od początku chcieliśmy salę rodzinną, ponieważ mąż chciał być ze mną przy porodzie i przeciąć pępowinę. Zostajemy przeniesieni na drugą salę komercyjną (różnią się tylko tym, że w jednej jest prysznic a w drugiej wanna) po przeniesieniu dostaję pozwolenie na wzięcie ciepłej kąpieli.. leżę w wannie 30 minut czując delikatne ukojenie.. po wyjściu niestety są takie same bóle.. Jestem badana, co godzinę, dwie, ale postępu porodu nie widać. Jedni lekarze mówią 2,5 cm inni 3 cm tak jak by się w ogóle na tym nie znali..
Spaceruję po korytarzu z mężem, bo to mi zalecają lekarze.. odwiedzam przy okazji tą dziewczynę, która w nocy miała cesarskie cięcie, widzę ją leżącą w łóżku niemogącą się ruszyć po znieczuleniu. Na szczęście czuje się dobrze. A ja?? W dalszym ciągu nic.. Wracam na salę i … ponownie zostaje mi podłączona oksytocyna.. jesteśmy załamani.. no, ale dzielnie znoszę wszystkie te cierpienia.. oczywiście lekarze, co chwilę we mnie „grzebią” sprawiając mi coraz większy ból.. dostaję delikatnego krwotoku.. ale leżę dalej dzielnie na tym okropnym łóżku.. przymykam oczy, ale co jakiś czas je otwieram i widzę jak mojemu mężowi lecą łzy.. on próbuje to przede mną ukryć, a ja udaję, że nie widzę tego, że on płacze…
Cały dzień przelatuje minuta po minucie sekunda po sekundzie słyszę ten cholerny zegar tykający nad moją głową.. zbliża się wieczór.. Mąż jest cały czas ze mną.. lekarze w dalszym ciągu robią obchód, co 2h kontrolując mój stan. Cały czas zostaję przy 3,5cm i nic się dalej nie chce ruszyć.. ok. godziny 22:00 przychodzą dwie z najbardziej nieprzyjemnych położnych i zaczynają między sobą rozmawiać, że jakoś trzeba to ruszyć, aby się zaczęło coś w końcu dziać.. Jedna z nich postanawia przebić mi wody płodowe.. Wkładając mi palce sprawia wielki ból.. czuję mojego synka jak ucieka na prawą stronę nie wiem, co się dokładnie z nim dzieje.. nagle czuję jak wody wypływają mi, co też nie jest przyjemne.. potem karzą mi wejść do wanny i oblewać się przez 45 minut gorącą wodą.. po tym wszystkim kontrolują mnie i stwierdzają, że nic się nie ruszyło. Do karty „historia choroby” wpisują, że wody mi same odeszły o godzinie 0:15.. kłamstwo goni kłamstwo.. zostawiają mnie z mężem sam na sam a ja dalej wyję z bólu, bo teraz skurcze są jeszcze silniejsze.. około 2:00 w nocy przychodzi do mnie przesympatyczna lekarka Anna Wasiluk (chyba nie pomyliłam nazwisk) i widząc mój ból namawia mnie na znieczulenie zewnątrzoponowe, przez chwilę się waham, ale w końcu razem z mężem postanawiamy zastosować się do jej zaleceń. Jakieś 15 minut później przychodzi anestezjolog z pielęgniarką i tłumaczą mi, na czym to będzie polegało. Głównym poleceniem jest żebym usiadła na krześle i całkiem się rozluźniła, ponieważ musi mi się wbić w kręgosłup a on musi być rozluźniony.. niestety tu też trafiam na nieudolność lekarki, ponieważ dopiero za trzecim razem udaje jej się dobrze wbić igłę.. tłumaczyła się tym, że mam za cienki kręgosłup.. każda wymówka jest dobra byle wina nie leżała po jej stronie.. ale w końcu nadchodzi ukojenie zostaje mi podane znieczulenie i po około 30 sekundach nie czuję tego cholernego bólu.. Znieczulenie działa 2h, po czym należy podłączyć następną dawkę. I tak trochę udaje mi się zdrzemnąć..
|